Mentzen: „Czas na pokoleniową zmianę w Toruniu” [WYBORY SAMORZĄDOWE W TORUNIU]

Sławomir Mentzen ma 32 lata i doktorat z ekonomii. Prowadzi biuro rachunkowe, sklep z bronią. Jest wiceprezesem partii Wolność, fot. Łukasz Piecyk

– Moim pomysłem jest wyróżnienie się pod względem technologicznym. Stworzenie marki miasta atrakcyjnego dla młodych, przedsiębiorczych i kreatywnych ludzi – mówi Sławomir Mentzen, kandydat na prezydenta Torunia w rozmowie z Wojciechem Giedrysem.

– Po co startuje pan w wyborach prezydenckich?

– Urodziłem się i całe życie mieszkam w Toruniu. Bardzo mi się tu podoba. Mam trójkę dzieci. Chciałbym, żeby nie musiały stąd wyjeżdżać i żeby ich kariera zawodowa była związana z naszym miastem, a nie z Warszawą czy Poznaniem. Jestem przekonany, że wielu młodych torunian ma takie marzenie, żeby zostać w Toruniu. Niestety często warunki ekonomiczne na to nie pozwalają. Bardzo chciałbym to zmienić. Toruń od lat nie ma wizji, jak chce wyglądać i czym chce być za 10-15 lat. Ja taką wizję mam i chciałbym nią zarazić torunian.

– Jest pan ekonomistą i potrafi szacować ryzyko. Ma pan szanse?

– Jestem typowym start-upem. Start-upy mają to do siebie, że często kończą się niepowodzeniem. Ale jeżeli się udają, to kończą się spektakularnym sukcesem. Szanse nie są wielkie, ale teoretycznie jestem w stanie sobie wyobrazić scenariusz, w którym przechodzę do drugiej tury. Jest grupa zawodów takich, jak politycy, piłkarze, dziennikarze, muzycy, aktorzy, gdzie prawdopodobieństwo wielkiej wygranej jest niewielkie. Ale jednak wiele osób próbuje sił w tych zawodach i niektórym udaje się odnieść sukces.

– A czy od strony ekonomicznej opłaca się kandydować?

– Finansowo – na pewno nie.

– Można coś na tym zyskać?

– Rozpoznawalność.

– Po to pan startuje? Po rozpoznawalność?

– Próbuje pan mnie przekonać, że startuję nie po to, żeby zostać prezydentem?

– Nie, ale jestem przekonany, że doskonale pan wie, że pańskie szanse na zostanie prezydentem są niewielkie.

– Wiem o tym. Ale takie prawdopodobieństwo istnieje. Potrafię sobie wyobrazić ciąg korzystnych zbiegów okoliczności, które sprawiają, że rzutem na taśmę wchodzę do drugiej tury i wtedy wszystko jest przede mną. Torunianie mają wybór: albo będą dalej żyć w mieście bez wizji i perspektyw, które stanie się za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat drugim Włocławkiem lub Grudziądzem, albo Toruń będzie się rozwijać i będzie miastem młodych ludzi oraz nowoczesnych technologii.

– Czy kandydowanie dla pana to inwestycja? Wstęp do kampanii wyborczej za rok do europarlamentu? Partia Wolność, której jest pan wiceprezesem, uzyskuje dobre wyniki w tych wyborach.

– Nie planuję startować do europarlamentu.

– Ile zamierza pan wydać na kampanię prezydencką?

– Na razie przelałem na komitet wyborczy 10 tys. zł i w zależności od rozwoju kampanii będę zastanawiać się nad kolejnymi wpłatami.

– Kampania w internecie, na billboardach, od drzwi do drzwi?

– Moim pierwszym przyczółkiem, który muszę zdobyć, są młodzi ludzie. Do nich docieram przez internet. Reklamuję się w portalach internetowych oraz na Facebooku. Jestem właśnie w trakcie przygotowywania kampanii outdoorowej. Przeszkadza mi w tym niestety miasto, które blokuje mi wywieszenie baneru na jednej z kamienic przy ul. Szerokiej.

– Dlaczego blokuje?

– Też chciałbym to wiedzieć. Dostałem odmowę powieszenia baneru na elewacji. Złożyłem więc drugi wniosek o zawieszenie go na balkonie. Dostałem kuriozalną odpowiedź, że urząd miasta wydał już negatywną opinię w tej sprawie. Będę walczyć dalej w tej sprawie.

– To ma jakiś podtekst polityczny?

– Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że nie. Jestem też w trakcie druku plakatów, więc wkrótce będzie widać moją kampanię na mieście. Do tego nawiązałem współpracę z „głosem Torunia”, który chodzi po Szerokiej i zachęca do głosowania na mnie. Co dalej? To będzie zależało od przebiegu kampanii oraz decyzji o kolejnym dofinansowaniu komitetu.

– Jak dotrze pan do osób starszych i tych, którzy nie głosują?

– To będzie bardzo trudne. Zaplanowałem to jak wojnę lub zdobywanie nowego rynku. Najpierw trzeba zdobyć przyczółek, w moim przypadku są nimi młodzi ludzie, a jeśli to się uda, to wtedy idę krok dalej.

– Z młodymi się udało? Udało się już panu ich przekonać?

– Uważam, że wśród młodych ludzi mam w miarę wysokie poparcie. Moim drugim przyczółkiem będą niezadowoleni z obecnych rządów – niezależnie od wieku. Mam też pomysły, jak dotrzeć do seniorów. To absolutnie inne rzeczy, niż te, o których do tej pory mówiłem. Muszę dopasować do nich zarówno postulaty, jak i sposób komunikacji. Mam świadomość, że poprzez Facebooka do nich nie dotrę.

– Przygodę z polityką zaczął pan 10 lat temu w Unii Polityki Realnej. Ale uznał pan prędk, że jest pan jeszcze zbyt młody i zrobił sobie przerwę od polityki. Skąd decyzja o powrocie?

– Decyzję o powrocie podjąłem w 2015 r. po wysokim wyniku Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich. Doszedłem do wniosku, że to jest moment, w którym coś się może zmienić w polskiej polityce. Próbowałem dostać się na listę Pawła Kukiza. Nawet w pewnym momencie mi się to udało, miałem być „jedynką” w wyborach do Sejmu w okręgu toruńsko-włocławskim, ale w wyniku kolejnych zmian zostałem z tej jedynki wyrzucony. Zrobiłem krótki przegląd, jakie mam możliwości polityczne, gdzie mogę się zaangażować i wtedy partia Korwin-Mikkego i Wiplera była tą, do której było mi najbliżej.

– A wie pan, dlaczego został pan wyrzucony z listy do Sejmu?

– Była to osobista decyzja Pawła Kukiza. Nie rozmawiałem z nim potem o tym. Nie mam do niego żalu. Uważam, że dobrze się stało.

– Nie startuje pan z komitetu partii Wolność, dlaczego?

– Startuję ze swojego komitetu, ponieważ uważam, że polityka krajowa nie ma wielkiego przełożenia na samorządy.

– Według pana nowe technologie przyniosą w Toruniu nowe miejsca pracy i sprawią, że młodzi ludzie i inwestorzy zaczną się interesować Toruniem. Czy policzył pan, ile może kosztować u nas Smart City 3.0 np. z aplikacjami wskazującymi wolne postoje dla aut czy położenie autobusów MZK?

– Koszty wszystkich rozwiązań opartych o nowoczesne technologie, które chciałbym wprowadzić w Toruniu, są bardzo niskie. Są tańsze niż wiele innych miejskich inwestycji. Są też do zrobienia od zaraz. Przykładowo, zainstalowanie czujników na wszystkich miejscach parkingowych w obrębie Starego Miasta, dzięki którym moglibyśmy korzystać z aplikacji znajdujacej wolne miejsca parkingowe, wyniósłby około 700 tysięcy złotych. Dla porównania obecnie za dzierżawę parkomatów i ich oprogramowanie płacimy milion złotych rocznie. Stać nas na to. Mam też kolejne rozwiązania m.in. dotyczące zarządzania miastem już od środka. Inne miasta zaoszczędziły mnóstwo pieniędzy na działalności operacyjnej poprzez wdrażanie nowoczesnych metod zarządzania i rozwiązań technologicznych do zarządzania miastem. Ale o szczegółach na razie nie chcę jeszcze mówić. Powiem o tym już wkrótce.

– Za przykład bierze pan zagraniczne miasta. Łatwo będzie ich rozwiązania przełożyć na nasz grunt, gdzie smart city raczkuje?

– Nie wierzę, żeby w Toruniu była jakaś żyła wodna, która uniemożliwiałaby wdrażanie sensownych rozwiązań. Polskie firmy już od wielu lat korzystają z doświadczeń zachodnich koncernów i bardzo dobrze nam tym wychodzą. Skoro młodzi Polacy są w stanie pracować w zaawansowanej technologicznie firmie, to są też w stanie pracować w zaawansowanym technologicznym urzędzie. Nie ma powodu, żebyśmy mieli firmy z XXI w., a urzędy z lat 80.

– Ale przepisy mamy, jakie mamy i nie da się wprowadzić np. wiążącej demokracji płynnej, o którą pan postuluje.

– Ale niewiążącą możemy już wprowadzić.

– Wszystko jednak będzie w rękach prezydenta. Wielu polskich przepisów jednak nie da się przeskoczyć.

– Mamy w Polsce mnóstwo nieżyciowych przepisów z dawnej epoki. Wszystko, o czym mówię, jest dostosowane do istniejących ram prawnych.

– Jednym z tematów tej kampanii wyborczej będą młodzi ludzi i brak pracy dla nich w Toruniu. A co za tym idzie – ucieczka młodych z miasta. Czy samorząd ma jakieś narzędzia do tego, żeby zatrzymać młodych, wpłynąć na zwiększenie liczby miejsc pracy czy też wynagrodzeń otrzymywanych przez torunian? Czy Toruń ma szanse w przyszłości skrócić dystans, jaki dzieli nas od Trójmiasta, Poznania czy Wrocławia?

– Konkurujemy o młodych z innymi miastami. Moim pomysłem jest wyróżnienie się pod względem technologicznym. Stworzenie marki miasta atrakcyjnego dla młodych, przedsiębiorczych i kreatywnych ludzi.

– To wabik. A co dalej?

– Trzeba ściągnąć firmy technologiczne i zatrzymać torunian rozwijających takie firmy w Toruniu. To przełoży się na nowe, dobrze płatne miejsca pracy. Obecnie jest niesamowity popyt na programy oparte o blockchain, czyli łańcuch bloków służący do przechowywania i przesyłania informacji o transakcjach zawartych w internecie za pomocą kryptowalut. Jeśli ktokolwiek miał coś wspólnego z blockchainem, pracodawcy się o niego zabijają – zarówno w Polsce, jak i za granicą. Miasto może wesprzeć UMK w kształceniu osób zajmujących się blockchainem, stworzyć popyt na takie usługi, co samo w sobie przyciągnie ludzi do Torunia i przełoży się na nowe miejsca pracy. Blockchain może być wykorzystywany nie tylko do obsługi transakcji, ale także jako księga rachunkowa w bankowości, podpis cyfrowy w administracji samorządowej czy zapis notarialny.

– A jak sprawić, by torunianie zarabiali więcej?

– Miasto powinno zacząć zmiany od siebie. Powinno podnieść wynagrodzenia w urzędach, bo są zdecydowanie za niskie. Jeżeli słyszę, że kandydatowi na kierownika merytorycznego Jordanek oferuje się 2,1 tys. zł na rękę, to jest to niepoważne. Niskie wynagrodzenia wpływają na wysoką rotację pracowników, którzy szybko próbują znaleźć lepszą pracę. Dzieje się to ze szkodą dla miasta. Chciałbym, żeby Toruń więcej inwestował w ludzi, a nie w budynki.

– Jak to zrobić? Ile miejsc pracy dadzą pańskie pomysły?

– Nie mam wyliczeń, ile może powstać miejsc pracy w wyniku moich pomysłów. Ale przedstawiam coś, co może nam pomóc. Jeżeli nie zrobimy czegokolwiek, wyludnimy się. Demografia jest bezwzględna. W 2050 r. w Toruniu mieszkać może już zaledwie 158 tys. Nie mówię, że moje pomysły gwarantują nam przeżycie jako 200-tysięcznemu miastu. Ale jest to jakiś pomysł. Takiego pomysłu u konkurencji nie znalazłem.

– Co z humanistami? Przydadzą się w firmach technologicznych?

– Też tam pracują. Informatycy mają małe umiejętności interpersonalne. Humaniści są tam niezbędni. Prawdą jest jednak, że na UMK zbyt wiele osób kończy kierunki humanistyczne, a zbyt mało ścisłe. Miasto powinno wspierać UMK w otwieraniu kolejnych kierunków ścisłych. To jest przyszłość.

– Czy 20- i 30-latkowie mają wpływ na to, co dzieje się w mieście?

– Coraz mniejszy. Średnia wieku wyborcy w Polsce to obecnie już 45-46 lat i z każdym rokiem będzie rosła.

– Czas na pokoleniową zmianę w Toruniu?

– Jeśli teraz się to nie stanie, to nie stanie się to nigdy. W 2050 r. wyborców poniżej 55. roku życia będzie 2 mln mniej niż wyborców powyżej 55. roku życia. Osoby starsze będą za każdym razem przegłosowywać nie tyle osoby młodsze, ale również 40- i 50-latków. Dlatego nie powinniśmy zastanawiać się, czy przyszedł czas, żeby młodzi wzięli odpowiedzialność za Toruń. To ostatni moment, żeby ją wzięli. Bo później już nie będzie takiej możliwości.

– Ale czy młodzi chcą wziąć odpowiedzialność za miasto?

– Nie. Wielu ma to w nosie. Dlatego przedstawiam ofertę, co zrobić, żeby młodzi torunianie mogli zostać w Toruniu, żeby w Toruniu mogły zostać ich dzieci. Jeżeli torunianie nie skorzystają z tej oferty, to przyszłość jest bardzo jasno określona w prognozach Głównego Urzędu Statystycznego.

– Pisał pan doktorat o długu publicznym. Zadłużenie miasta na koniec roku ma osiągnąć 944 mln zł. Co zrobić z tym długiem, żeby on nie odciskał negatywnego piętna na życiu mieszkańców np. nie przekładał się na wzrost cen usług komunalnych?

– Prawdą jest, że państwa czy też miasta nie spłacają swojego zadłużenia. Państwa, które drastycznie zredukowały zadłużenie, tak naprawdę zmniejszyły jego relację do PKB. Dług utrzymywał się na podobnym poziomie nominalnym, a PKB znacząco rósł, dzięki czemu dług względem gospodarki spadał. Uważam, że Torunia teraz nie stać na spłatę zadłużenia. Ono powinno utrzymywać się na obecnym poziomie lub tylko delikatnie rosnąć. W zamian jednak powinny rosnąć przychody, dzięki czemu problem długu by malał. Problemem oprócz wysokości długu jest jeszcze jego struktura. Mamy bardzo wysokie zadłużenie w euro. Jego zaletą są niskie odsetki, dzięki niskiej stopie procentowej na euro. Ale gdyby doszło do kolejnego kryzysu finansowego, jeżeli kurs euro wzrośnie w stosunku do złotówki, to toruńskie zadłużenie znacznie wzrośnie i jego obsługa również. To, co przydarzyło się frankowiczom, może przydarzyć się również Toruniowi, jeżeli będziemy mieć jakieś duże problemy ze złotówką. Obserwując poczynania Rady Polityki Pieniężnej, mam duże obawy co do przyszłości złotówki. Kolejnym problemem toruńskiego zadłużenia jest to, że ono jest prawie całe na zmiennej stopie procentowej. W przypadku pojawienia się kryzysu finansowego, jeżeli stopy procentowe pójdą do góry, to obsługa zadłużenia drastycznie wzrośnie. Nie będziemy płacić kilkadziesiąt, a sto kilkadziesiąt milionów złotych odsetek i budżet Torunia może tego nie wytrzymać. W Turcji stopy procentowe urosły w ciągu czterech lat z 4 do 18 proc. W Polsce również może się coś takiego zdarzyć. Zgadzam się z tym, co mówi prezydent Michał Zaleski, że Toruń ma rozsądny rating i agencje ratingowe nie alarmują nas o jakimkolwiek zagrożeniu dla finansów miasta w przyszłości. Ale one też nie alarmowały Grecji, Cypru ani amerykańskich banków inwestycyjnych, które zbankrutowały podczas poprzedniego kryzysu finansowego.

– Można miasto przygotować na takie ewentualne kryzysy?

– Można sprawić, że kryzys będzie łagodniejszy. Jeżeli dług jest w lokalnej walucie i na stałej stopie procentowej, to jego bieżąca obsługa jest trochę droższa, ale w przypadku kryzysu jesteśmy bezpieczni. To coś w rodzaju ubezpieczenia. Kupując polisę, zgadzamy się, że nasze comiesięczne koszty wzrastają, ale w przypadku wielkiej tragedii, tracimy mniej.

– Czy w najbliższych latach stać nas będzie na duże inwestycje?

– To wszystko trzeba by dokładnie przeliczyć.

– Czy miasto może podjąć działania, żeby zwiększyć dochody?

– Nie widzę sposobu na szybkie zwiększenie dochodów miasta. Ich struktura wynika głównie z ustaw. Podobnie maksymalne stawki podatków lokalnych. Poziom podatków dochodowych, który nam przypada, też jest ustalany na poziomie centralnym. Miasto nie ma zbyt wielkiej swobody.

– Ma pan 32 lata i zero doświadczenia w pracy w samorządzie. Byłby pan w stanie sobie poradzić z zadłużeniem miasta?

– Patryk Jaki jest o rok ode mnie starszy, a Kacper Płażyński, kandydat PiS na prezydenta Gdańska – trzy lata młodszy. Powoli wchodzę w średni wiek i uważam, że nie jestem zbyt młody na bycie prezydentem i zajmowanie się takimi kwestiami, jak choćby zadłużenie. Mam do tego potrzebne doświadczenie naukowe i biznesowe.

– Które inwestycje niepotrzebnie zwiększyły zadłużenie miasta?

– Zamiast budować salę koncertową i halę sportową miasto mogło postawić jeden budynek. Nie potrzebujemy w Toruniu tylu miejsc widowiskowych. Mamy ich nadpodaż. Stało się jednak inaczej. Mam daleko idące zastrzeżenia dotyczące budowy ciągu dalszego trasy wschodniej – od pl. Daszyńskiego do ul. Grudziądzkiej – która kilka lat temu była wyceniana na 600 mln zł. Sądzę, że obecnie nie ma szansy na realizację tej inwestycji za taką kwotę. Wzrosły zarówno koszty pracy jak i materiałów budowlanych. Oczywiście wiele zależy od tego, jaką otrzymamy unijną dotację na ten projekt. Albo inaczej: czy w ogóle ją otrzymamy. Wyobrażam sobie taką sytuację, że Torunia nie będzie stać na wydanie znacznych pieniędzy na trasę wschodnią. Od kiedy mamy autostradę, wyjazd na Gdańsk – w kierunku Chełmży czy Chełmna – stał się arterią bardzo lokalną, a co więcej – jest znacznie mniej potrzebny niż wiele lat temu, kiedy nie było autostrady A1.

– Czyli miasto nie powinno dokończyć tej trasy?

– Tego nie mówię. Trzeba będzie jednak się zastanowić nad sensownością jej budowy i jej planowanego rozmachu. Należy rozważyć też realizację kolejnych odcinków trasy staromostowej – choćby między drogą ekspresową S10 a pl. Armii Krajowej. Niezależnie, kto wygra wybory prezydenckie, to poziomy wydatków na inwestycje z lat poprzednich będą trudne do pobicia. Miasto musi zacząć oszczędzać, niezależnie od tego, kto wygra. To nie jest tylko mój problem, to będzie problem każdego, kto zostanie prezydentem.

fot. Łukasz Piecyk

– Trzeba zrobić coś w rodzaju inwestycyjnego audytu?

– Trzeba sprawdzić, na co nas stać, a na co nie. Nie ma co już opowiadać bajek. Nie ma możliwości, żeby zrobić równocześnie remont starego mostu, wybudować trasę wschodnią, trasę staromostową, dokończyć średnicówkę, postawić cztery parkingi park & ride. Nas po prostu na to wszystko nie stać. Trzeba wybrać te inwestycje, które są najważniejsze.

– Ma pan pomysły na jakieś nowe inwestycje w mieście? W kampanii pewnie pojawią się zapowiedzi budowy trzeciego mostu drogowego. Kiedyś była mowa o torze Formuły 1.

– Absolutnie nie zamierzam prowadzić kampanii, jak to się dzieje w Warszawie, gdzie kandydaci licytują się na linie metra lub linie tramwajowe. Toruń powinien zacząć inwestować w ludzi, a nie budynki. Nie zamierzam obiecywać żadnych nowych linii tramwajowych czy wielkich gmachów. Wiadomo, że miasto musi budować drogi, ale to musi być robione z głową. W tym momencie sytuacja jest taka, że mamy pozaczynane wszystkie trasy tworzące drogowy szkielet Torunia, ale żadna z nich nie jest dokończona. Wszystko jest rozgrzebane. Trzeba to jakoś sensownie uporządkować, nie rozpoczynać kolejnych inwestycji i pakować się w budowy, których nie dokończymy. Cała południowa Europa jest zasłana lotniskami, z których nikt nie startuje, basenami, w których nie ma wody. Miasta zainwestowały i teraz muszą do tego dopłacać. Niektóre obiekty zostały porzucone. Nie chciałbym, żeby w Toruniu straszyły jakieś porzucone gmachy, na których utrzymanie nie ma pieniędzy.

– A co Michałowi Zaleskiemu udało się od początku do końca? Co było jego sukcesem? Widzi pan jakieś plusy jego prezydentury?

– Na pewno możemy być zadowoleni, że mamy nowy most drogowy. To największy sukces Michała Zaleskiego. Oczywiście nie wszystko tam gra: trasa mostowa kończy się z jednej strony wąską ul. Wschodnią, a z drugiej rondem. Co więcej, nie jest pociągnięta do węzła autostradowego. Ale i tak dobrze, że ten most jest. Torunianie Zaleskiemu długo będą go pamiętać.

– A które inwestycje są dla pana niewypałem?

– Kiepskim żartem jest zakończenie średnicówki przy Rubinkowie. Kilka lat mieszkałem na tym osiedlu i nie mogłem uwierzyć, jak zostało to zepsute. Mieszkańcy Rubinkowa nie mają prostego dojazdu do tej trasy. Wielu z nich może popatrzeć sobie na nią z okien, ale żeby do niej dojechać, muszą nadkładać drogi, objeżdżając całe osiedle i jadąc ul. Wschodnią i Skłodowskiej-Curie. Kto to w ogóle wymyślił? Kto to zaakceptował? Cała średnicówka mi się nie podoba. Mamy wielką autostradę w centrum miasta, która w dodatku czasem jest jednojezdniowa, a czasem dwu-. To nie ma najmniejszego sensu. Przyczepić się można praktycznie do każdej inwestycji, np. że Arena Toruń cały czas nie ma sponsora dla swojej nazwy, że narzekają na nią muzycy, bo nie ma tam wielu niezbędnych rzeczy do zorganizowania koncertu, że na Jordankach jest zła akustyka, że mają parking podziemny, gdzie nie da się zaparkować dłuższym samochodem, już nie mówiąc o tym, jak wyglądała na początku kasa biletowa na Jordankach i prowadzące do niej drzwi. Ale nie chcę być małostkowy.

– To są jednak szczegóły. Utrzymanie tych obiektów wciąż kosztuje nas krocie. Miasto przecież pomaga swoim spółkom w spłacie obligacji lub kredytów na ich budowę.

– Wielu mieszkańców Torunia żyje w przekonaniu, że sala koncertowa i hala sportowa generują zyski. Ale jeśli spojrzy się, skąd te zyski są, że kluby sportowe są dotowane, żeby następnie płacić za wynajem hali, że Toruńska Orkiestra Symfoniczna płaci Jordankom z budżetowej dotacji, to okazuje się, że sytuacja finansowa tych obiektów jest znacznie gorsza, niż to wygląda na papierze. Jest raport Najwyższej Izby Kontroli, który wskazuje, że wiele miast niewłaściwie a czasem bezprawnie inwestuje za pomocą spółek miejskich. Ciekaw jestem co NIK powiedziałby o sytuacji w Toruniu.

– Czy miejskie spółki można jeszcze bardziej zadłużyć i powierzyć realizację, a następnie spłatę kolejnych inwestycji?

– Według szacunków w spółkach należących do miasta jest ukryte dodatkowe 500 mln zł zadłużenia. Dług Torunia wynosi więc ok. 1,5 mld zł. Nie mając dostępu do ich dokumentacji, nie jestem w stanie w sposób rzetelny powiedzieć, czy mają jeszcze większą zdolność do zadłużania się.

– Jako prezydent chciałby pan zmniejszyć podatki i opłaty lokalne, opłaty za wodę i ścieki czy bilety MZK? Ma pan pomysł, jak to zrobić? Wiele z nich jest utrzymywanych sztucznie na tym samym poziomie, mimo podwyżki cen energii czy paliw.

– Sposobów jest wiele. Spójrzmy na MZK. Jestem przekonany, że wiele linii autobusowych jest nierentownych. Można je wydzierżawić prywatnym przedsiębiorcom. Zlecić w przetargu, przy warunku, że w ciągu dnia mają one przewieźć konkretną liczbę mieszkańców i sprawdzić, czy prywatny przewoźnik nie jest w stanie zrobić tego taniej niż MZK. Miejskie spółki są zarządzane przez osoby dobrze umocowane politycznie. Być może da się osiągnąć oszczędności poprzez ucięcie tych powiązań wraz z zatrudnieniem tam menedżerów i specjalistów – tylko że nie z nadania politycznego.

– Czy w Toruniu dałoby się zmniejszyć ceny biletów?

– Nie tyle zmniejszyć, co utrzymać na podobnym poziomie. Ceny biletów czy wody są na poziomie podobnym do innych miast. A zarobki są niższe.

– Pod względem komunikacji miejskiej dzieli nas przepaść od innych europejskich czy też polskich miast. Jak to zmienić?

– Toruń ma w miarę drogie bilety miesięcznie – w porównaniu do innych miast. Warto zastanowić się nad obniżką ich cen, bo to mogłoby się przełożyć w konsekwencji na wzrost przychodów do miejskiej kasy ze sprzedaży biletów i większe zainteresowanie komunikacją miejską. Żeby skłonić kogoś do trwałej przesiadki z samochodu na komunikację miejską, taka osoba powinna mieć kartę miejską, która umożliwiłaby wygodne poruszanie się. To nie powinno być zbyt drogie. Sposób dystrybucji biletów MZK w Toruniu jest niedopasowany do potrzeb XXI w. Papierowa sieciówka w dzisiejszych czasach to jakiś kiepski żart.

– W porównaniu do innych miast u nas limit punktów sprzedaży mocniejszych alkoholi jest niski. Jak pan to ocenia? Jest pan za wprowadzeniem prohibicji np. na Starówce? A może wręcz przeciwnie, wyznaczyłby pan strefy, gdzie byłoby dozwolone spożywanie alkoholu, np. tak jak nad Wisłą w Warszawie?

– Toruń jest ewenementem w skali kraju. Toruń jest jedynym miastem w Polsce, gdzie są Biedronki bez mocnych alkoholi. Uważam, że polityka miasta polegająca na drastycznym ograniczeniu miejsc, gdzie można kupić alkohol, jest błędna. Nie jestem zwolennikiem prohibicji. Podejście władz torunian do alkoholu powinno być bardziej liberalne. Rozważyłbym również dopuszczenie picia alkoholu na Bulwarze Filadelfijskim.

– A co z budownictwem socjalnym? Co zrobić, żeby w Toruniu nie powstawały kolejne skupiska takich mieszkań?

– Należy zmienić podejście do budownictwa socjalnego. To, co stało się z blokami przy ul. Olsztyńskiej czy Armii Ludowej, nie powinno się więcej zdarzyć. Na razie jednak nie chcę zdradzać swoich pomysłów dotyczących polityki społecznej. Zaprezentuję je w dalszej części kampanii.

– Planuje pan zmiany w kwestii finansowania kultury? Miasto powinno prowadzić domy kultury czy galerie sztuki?

– Jeśli zostanę prezydentem, miasto dalej będzie finansować kulturę. Nie zamierzam likwidować instytucji kultury, ale zmienić sposób zarządzania toruńską kulturą. Wydarzeń powinno być mniej, ale większe. Nie chciałbym, żeby toruńskie instytucje kultury kanibalizowały się nawzajem.

– Jakie to mogą być wydarzenia?

– Toruń ma doskonałe położenie geograficzne. Po wybudowaniu autostrady A1 zyskaliśmy szybki dojazd do Gdańska i Łodzi. To półtorej godziny jazdy samochodem. Możemy organizować duże koncerty, na które będą też przyjeżdżać mieszkańcy Bydgoszczy, Gdańska, Łodzi czy Warszawy, a co ważniejsze, będą zostawać u nas na noc.

– A jakie gwiazdy by pan zaprosił do Torunia? Chyba nie Roda Stewarta? Jakiej muzyki pan słucha?

– Bardzo lubię słuchać polskiego rocka. Z polskich wykonawców – Kazika. Moje ulubione zagraniczne formacje to The Offspring i Dropkick Murphys.

– A co z finansowaniem sportu? Czy magistrat powinien łożyć pieniądze na żużel, gdzie i tak jest mnóstwo pieniędzy?

– Wycofanie się miasta ze sportu jest nierealne. Mam swoje zastrzeżenia względem toruńskiego sportu. Poświęcę temu osobną konferencję. Teraz nie chcę zdradzać pomysłów, bo wykorzystają je jeszcze moi konkurenci.

– Edukacja w samorządach pochłania jedną trzecią wydatków. Mówi pan o inwestowaniu w ludzi. Można zatem się spodziewać, że za pańskich rządów wzrosłyby wydatki na edukację?

– Edukacja jest niezwykle ważna i należy w nią inwestować. Do gimnazjum poszedłem w 1999 r. W mojej szkole były szafki dla uczniów. To jest niesamowite udogodnienie. Cały czas jest w Toruniu są szkoły, gdzie ich nie ma. Nie wiem dlaczego. To przecież kawał blachy, który trzeba trochę wygiąć i wstawić na szkolny korytarz. Szafki powinny być powszechne. Zamierzam zwiększyć dostępność żłobków i przedszkoli dla młodych torunian. Mam na to oryginalny pomysł, który przedstawię już wkrótce.

– Jak poprawić jakość edukacji? Czy da się zmniejszyć liczebność uczniów w klasie i zahamować falę zwolnień nauczycieli?

– Do tej sprawy można podejść populistycznie, jak to robią największe partie i powiedzieć: utrzymamy liczbę nauczycieli przy spadającej liczbie uczniów. Do pewnego momentu jest to możliwe, można zmniejszać klasy, zwiększać liczbę oddziałów. Ale budżet miasta z gumy nie jest, dotacja idzie za uczniem, a nie za nauczycielem i nie ma w długim terminie możliwości utrzymania dotychczasowej liczby etatów. Każdy, kto twierdzi inaczej, jest populistą. Jeśli spojrzymy na statystyki demograficzne, to ostatni boom demograficzny miał szczyt w 1983 r. Dzieci urodziło się wtedy 700 tys. Teraz rodzi się 400 tys. Panie, które urodziły się w 1983 r., mają już 35 lat, wiele dzieci już nie urodzą. Kolejne roczniki będą coraz mniej liczne i należy się z tym pogodzić, że za kilkanaście lat dzieci nie będzie w skali kraju 400 tys., a ponad 200 tys. To będzie miało bardzo duży wpływ na szkolnictwo w Polsce. Zresztą nie tylko na szkolnictwo.

– Stwierdził pan niedawno, że w mijającej kadencji nie było opozycji w mieście. Jak według pana powinna działać opozycja? Jak powinna wyglądać kontrola władzy? Czy w Toruniu jest ona dostateczna ze strony mediów, mieszkańców czy rady miasta? Czy torunianie mają wiedzę o tym, co dzieje się w mieście?

– Mieszkańcy Torunia niewiele wiedzą o tym, co się dzieje w mieście. W Toruniu mamy trzech wiceprezydentów. Dwóch jest praktycznie anonimowych. Niektórzy wiedzą tylko cokolwiek o jednym. Toruńskie media są mało popularne. Afery, o których pisały, nie cieszyły się zainteresowaniem czytelników. Jestem przekonany, że torunianie tak naprawdę nie wiedzą, co się dzieje w mieście. Nie wiem dlaczego. Kiedy przygotowywałem się do kampanii wyborczej, zrobiłem gruntowny research tego, co się działo w Toruniu przez ostatnie 10 lat i zorientowałem się, że ja również nie wiedziałem o większości rzeczy, nie dotarły one do mnie w żaden sposób. Zacząłem rozmawiać ze znajomymi. Oni też nic o sprawach ważnych dla miasta nie wiedzieli. To, że torunianie nie wiedzą nic o mieście, wynika zarówno ze słabości mediów, jak i z tego, że opozycja nie potrafiła dotrzeć do mieszkańców. Mająca trzy mandaty w 25-osobowej radzie miasta opozycja oczywiście nie jest w stanie nic swojego przegłosować. Ale może lepiej kontrolować spółki miejskie i ujawniać nieprawidłowości w taki sposób, żeby trafiło to do mieszkańców. Poprzednia kadencja została stracona pod tym względem. Opozycja okazała się całkowicie nieskuteczna.

– Jak ocenia pan mijającą kadencję Michała Zaleskiego?

– To zdecydowanie najgorsza kadencja Michała Zaleskiego. Była niemrawa. Była oczekiwaniem na mające w przyszłości pojawić się kolejne pieniądze unijne. Te cztery lata zostały przespane i zmarnowane. Toruń nie miał w tym czasie wizji rozwoju. Był skoncentrowany na trwaniu.

– Tak samo może wyglądać pięć kolejnych lat Zaleskiego?

– Bardzo się tego obawiam. Jeśli wygra, Toruń najprawdopodobniej straci kolejne pięć lat. Jeśli ktoś rządzi od 16 lat, to może już nie mieć świeżego spojrzenia na różne sprawy, może przywyknąć do urzędu. W firmach wymienia się prezesów po kilku-kilkunastu latach, by weszła nowa krew.

– Kim dla pana jest Janusz Korwin-Mikke?

– Jest prezesem partii, której jestem członkiem.

– Jest dla pana autorytetem?

– Na wiele spraw mamy różne zdanie.

– Z którymi rzeczami się pan nie zgadza?

– A chciałby być pan zapytany, które poglądy prezesa firmy, w której pan pracuje, panu się nie podobają?

– W partii Wolność chyba jest wolność słowa? Ma pan prawo nie zgadzać się w wielu kwestiach ze swoim prezesem?

– Oczywiście, że tak. Z wieloma rzeczami się nie zgadzam. Nie prowadzę polityki w ten sam sposób, co Janusz Korwin-Mikke. Może pan to sprawdzić. Publicznie wypowiadam się od dwóch lat. Na YouTubie i Facebooku jest wiele materiałów z moimi wystąpieniami.

– Przejrzałem mnóstwo z nich. Oprócz kwestii ekonomicznych trudno z nich wywnioskować, jakie ma pan poglądy. Mówi pan na przykład o kobietach i zwraca uwagę, że gdyby studia w Polsce były płatne, mniej osób by na nie szło i rodziłoby się więcej dzieci.

– I miałoby to wpływ na demografię. Ale do czego pan dąży?

– Czy tak jak Korwin-Mikke jest pan za tym, żeby odebrać prawa wyborcze kobietom?

– Absolutnie nie.

– Jak pan ocenia o. Tadeusza Rydzyka i Radio Maryja?

– Nie jestem zwolennikiem o. Tadeusza Rydzyka. Nie słucham jego radia.

– Jako prezydent współpracowałby pan z o. Rydzykiem?

– Miasto powinno współpracować z każdą liczącą się siłą w mieście. Zwłaszcza liczącą się kapitałowo.

– Czy łatka miasta o. Rydzyka jest krzywdząca dla Torunia?

– To na pewno nie pomaga. Gdziekolwiek się pojawiam i mówię, że jestem z Torunia, to pierwszym skojarzeniem jest Radio Maryja. Chciałbym, żeby Toruń kojarzył się z miastem rozwiniętym technologicznie, a nie z Radiem Maryja. O. Rydzyk jest bardzo potrzebny politycznie zarówno w Toruniu, jak i w Warszawie, dlatego wiele osób próbuje z nim współpracować. Politycznie jest mi jednak bardzo daleko do Radia Maryja.

– Czy zgodziłby się pan jako prezydent na organizację marszu równości? Czy dostając na nie zaproszenie, skorzystałby pan?

– Nie wziąłbym w nim udziału.

– Jaki jest pański stosunek do osób homoseksualnych?

– Od lat staram się mówić o rzeczach, na których się znam i w miarę dobrze mi to wychodzi. A pan mnie pyta o rzeczy, które mnie w ogóle nie interesują. Byłem niedawno w Londynie. Akurat odbywał się London Pride, czyli bardzo duży tamtejszy marsz równości. Po tym, co tam zobaczyłem i jak to wygląda z bliska, nie chciałbym brać w czymś takim udziału w Toruniu.

– A zgodę na taki marsz jako prezydent by pan wydał?

– Nie wiem. Musiałbym się przyjrzeć zarówno przepisom, jak i wnioskowi. Nigdy się takimi rzeczami nie interesowałem.

– A jest pan za legalizacją związków jednopłciowych?

– Jestem przeciwnikiem jakichkolwiek związków cywilnych. Państwo nie powinno zajmować się rejestracją związków pomiędzy ludźmi.

– Czy samorządy powinny finansować in vitro?

– Nie.

– Jest pan patriotą? Czym jest dla pana patriotyzm?

– Tak, jestem. Patriotyzm to umiłowanie ojczyzny.

– Ale zachęca pan polskich przedsiębiorców do rejestrowania firm w Estonii. Czy to jest patriotyzm?

– Oczywiście, że tak. Dzięki temu polska firma się rozwija, ma więcej pieniędzy na inwestycje w Polsce. A podatki i tak w ogóle nie trafiają do Estonii. Firma rozwija się w Polsce, tworzy miejsca pracy w Polsce i inwestuje dalej w Polsce. Jest to jak najbardziej patriotyczne i sprzyja Polsce. Przecież nie robiłbym czegoś, co jest niekorzystne dla mojego kraju.

– Wróćmy do wyborów. Bierze pan pod uwagę scenariusz, że po przegranej ktoś wyciąga do pana rękę, mówi, że ma pan ciekawe pomysły i chciałby współpracować z panem w urzędzie miasta np. w roli wiceprezydenta miasta? Byłby pan na to gotów?

– Jestem przedsiębiorcą, nawykłem do rozpatrywania najróżniejszych ofert. Nad taką również bym się porządnie zastanowił.

– Jak pan widzi się w polityce za 5-10 lat? W jakiej roli?

– Chciałbym dalej robić to, co robię teraz. Obecne rezultaty mojej aktywności znacznie przekraczają moje przewidywania sprzed dwóch lat. Nie mam zielonego pojęcia, co przyniesie przyszłość. Chcę się koncentrować na sprawach ekonomicznych, gospodarczych i podatkowych. W tym się specjalizują, pracuję na co dzień i mam wiele ciekawego do powiedzenia.

– Jest jakiś cel, który chce pan osiągnąć w polityce? Marzy się panu teka ministra finansów?

– Gdybym otrzymał od kogoś szansę zostania ministrem finansów, bez wahania bym z niej skorzystał.

– A co będzie dla pana sukcesem w tych wyborach?

– Wprowadzenie ludzi do rady miasta i przekonanie większości torunian, że należy zmienić prezydenta. To będzie niezwykle ciężkie. Mamy tu do czynienia z efektem kotwiczenia. Jak ktoś głosował cztery razy na jednego prezydenta, to bardzo ciężko go przekonać, że to nie był najlepszy wybór. Trudniej kogoś wyprowadzić z błędu, niż w niego wprowadzić.