Metoda na kondolencje

Nasza bohaterka była przekonana, że robi jedynie cesję numeru. Umowa zobowiązała ją jednak do nowego abonamentu. (fot. Łukasz Piecyk)

Straciła męża dwa lata temu. Dojść do siebie nie może do dziś. To on zawsze załatwiał domowe sprawy urzędowe. Teraz na nią zwaliło się wszystko. Przeszła wylew i dwa zawały. Mówi z coraz większym trudem.

– Dzwoniono na mój telefon stacjonarny, innego nie mam, co chwilę z jakimiś propozycjami. Zapewniali, że mają lepszą taryfę, że proponują lepszą ofertę, że chcą rozmawiać z Kazimierzem, czyli moim mężem – wspomina pani Joanna. – Odpowiadałam, że męża nie ma, akurat wyszedł. A tamtego dnia, w październiku ubiegłego roku, po prostu nie wytrzymałam. I mówię do tego pana: nie może pan z Kazimierzem rozmawiać, bo on… nie żyje. Wtedy ten miły pan w słuchawce zaczął mi składać kondolencje. Ale jakie… Jak on pięknie mówił… Gdy skończył mówić przejętym głosem, zapewnił, że muszę koniecznie przepisać telefon na mnie. Że to tylko formalność. Przyśle kuriera. Pomoże – dodaje emerytka z Torunia.

Kurier pojawił się po kilku dniach, anonsowany telefonicznie przez „miłego pana”.

– Za to kurier już taki miły nie był. Raczej stanowczy milczek. Poprosił o mój dowód, pospisywał wszystko, coś wypełnił, kazał podpisać. A na końcu wszystkie papiery zabrał – wspomina kobieta, która tamtego dnia odetchnęła. – Już mam to załatwione – pomyślała. – Nie muszę więcej kręcić, że Kazimierz właśnie wyszedł na chwilę… Lżej mi się zrobiło.

Paczka z telefonem przyszła po dwóch tygodniach i trzech dniach. (Ważne! Minęły dwa tygodnie na ewentualne protesty). Telefon o wielkich klawiszach, mówiący głośno, co akurat wciskamy, uznała za nowy aparat do dotychczasowej linii. Raz z niego zadzwoniła do syna. Gdy jemu wyświetlił się nieznany numer – rodzina zabiła na alarm. Rachunki za nowy, a przecież kompletnie niechciany nabytek, przyszły w grudniu, od razu za dwa miesiące.

Toruński Miejski Rzecznik Konsumentów Bożena Sawicka sprawę uznaje za klasyczną.

– Dziś umowa ta jest prawnie ważna – zauważa. – Minęło 14 dni na jej oprotestowanie, gdy można jeszcze odstąpić. Teraz jedynie można próbować się z tą firmą dogadać jakoś polubownie. Można też iść do sądu i próbować unieważnić taką umowę. Ale żadna znana mi tego typu sprawa do sądu nie trafiła… Mówiąc wprost, ludzie płacą i często wstydzą się przyznać rodzinie, że mają nowy telefon.

– Próbowałam z nimi polubownie, tłumaczyłam, że wprowadzili, łagodnie mówiąc, moją mamę w błąd, ale nic nie skutkuje – mówi córka emerytki. – Dostałam tylko od nich tę nieszczęsną umowę. Jest tak mętnie sformułowana, że sama bym nie wiedziała, czego w sumie dotyczy.

Do firmy, której telemarketer kondolencjami oczarował emerytkę z Torunia, dobijać się można tylko przez infolinię. Tam miły pan, choć chyba nie aż tak jak ten spec od kondolencji, zapewnił, że nie poda żadnego numeru telefonu do kierownictwa, do nikogo. Wszelkie pytania do firmy mogę składać wyłącznie drogą mailową. Tak zrobiłem. Opisałem sprawę i poprosiłem o możliwość poznania zapisu nagrania tamtej rozmowy, w której pracownik składa kondolencje. Ta rozmowa to najlepszy dowód w sprawie, poznając ją, dowiemy się wszystkiego o całym nieporozumieniu. „Dziękujemy za kontakt z naszą firmą. Uprzejmie informujemy, że wysłana do nas wiadomość została zarejestrowana i przekazana do właściwego działu” – odpisano natychmiast 12 stycznia. I cisza.

Moim zdaniem

Dawno nikt mnie tak nie zdenerwował. Tak się nie robi! Od ćwierć wieku piszę o różnych naciągaczach. Miałem nadzieję, że ten najgorszy sort wciskaczy bajeru już wymarł. Otóż nie, on wyewoluował! Proceder kwitnie w branży telekomunikacyjnej, gdzie panuje dziś istny kociokwik. W tym konkretnym przypadku jest szansa uchwycić mechanizm, który stosują telekomunikacyjni naciągacze. Jak sprzedać komuś coś, czego on nie potrzebuje? Tak, żeby myślał, że niczego nie kupuje! Nagranie tej rozmowy bez wątpienia gdzieś jest. Ze względów szkoleniowych, procesowych, wszelakich – proszę o jego udostępnienie. Jeśli ta kobieta naprawdę chciała nabyć drugi telefon, będzie to tam nagrane. Więc wyjdziecie bez szwanku. Obawiam się jednak, że odpowiecie: nagrania już nie ma. Szkoda. Warto byłoby wysłuchać tych kondolencji. Tak szkoleniowo.