Miara wolności [felieton]

Fot. Łukasz Piecyk

Wolność jednostki nie jest prawem oczywistym. Wieki zajęło nam osiągnięcie poczucia bezpieczeństwa i wolności przed samowolą władzy. Nasz kraj był nawet w czołówce tych, które rozwijały prawa, które dziś określamy mianem praw człowieka. Przywileje szlacheckie dotyczyły np. gwarancji nietykalności osobistej bez wyroku sądowego.

Kolejne osiągnięcia zmierzały wprost do zrównania statusu obywateli i nawet usunięcie pańszczyzny należy uznać za element wolnościowy. Zwalczenie apartheidu czy też innych ideologii segregujących ludzi jest wielkim osiągnięciem europejskiego kręgu kulturowego.

Wolność i równość społeczeństwa zawsze wynikała z praw politycznych, w tym prawa do głosu w wyborach. I nic dziwnego, że jedną z pierwszych decyzji naczelnika Piłsudskiego było przyznanie prawa głosu kobietom. Nowo powstała Rzeczpospolita była w czołówce krajów wprowadzających równe prawa dla kobiet i mężczyzn. I naprawdę proces ten szedł powolnie. A często wolnościowe przepisy w rzeczywistości były realizowane opornie. Ot chociażby minęło 10 lat od umożliwienia kobietom wykonywania zawodu sędziego do pierwszej nominacji sędziowskiej.

Podsumowanie tych czasów hasłem „równe prawa i nierówne szanse” jest najbardziej trafnym, jakie można sobie wyobrazić.

Poziom prawdziwej wolności w naszych czasach należy mierzyć rzeczywistymi prawami kobiet. Jakie są faktyczne powody różnicowania kobiet w zakresie wynagrodzenia za tę samą pracę? Dlaczego akceptowalne są zachowania chamskie i wulgarne wobec kobiet? Czemu świadome macierzyństwo wiąże się z walką z barierami administracyjnymi tworzonymi przez ministerstwo? Pytania można mnożyć.

Tworząc utrudnienia i bariery, przyzwalając na różne formy dyskryminacji, tak naprawdę zakładamy sobie pętlę na szyję i tylko szukamy chętnego polityka, żeby nam ją zacisnął. Na żadną formę dyskryminacji nie może być zgody. Wykluczenia i ograniczenia jednej grupy są pierwszym krokiem do odebrania wolności każdemu z nas.