Michał Zaleski: Jeżeli można mi coś zarzucić, to zbytnią ostrożność

"Jak ludzie będą chcieli w Toruniu mieszkać, to siłą rzeczy będzie on bogatszy." (fot. Archiwum)

O tegorocznym budżecie, sytuacji finansowej i zadłużeniu Torunia, z prezydentem miasta Michałem Zaleskim, rozmawiają Tomasz Więcławski i Radosław Rzeszotek

Zacznijmy od tegorocznego budżetu. Jak wygląda jego wykonanie po ośmiu miesiącach 2013 roku?
Udaje nam się utrzymać reżim finansowy na zadowalającym poziomie. Oczywiście, nie jest tak, że wszystkie wskaźniki pokrywają się z tym, co zakładaliśmy jesienią ubiegłego roku. Dokonujemy korekt budżetowych, ale nie są one drastyczne. Na niższym poziomie są wpływy z PiT-u, CiT-u i sprzedaży majątku. Obserwujemy na tych płaszczyznach pewien zastój. Wydatki na oświatę przekraczają również zakładany poziom. W tym roku będziemy musieli dołożyć do przysługującej nam subwencji 60 milionów albo jeszcze więcej.

Rząd zbyt słabo dotuje szkoły?
Pieniądze w tym systemie idą za uczniem. Niż demograficzny powoduje, że w szkołach jest mniej dzieci. Utrzymanie budynków i infrastruktury nie jest jednak z roku na rok tańsze. Dokonujemy więc w naszym planie finansowym pewnych przesunięć, ale nie zagrażają one wykonaniu budżetu. Nie ma symptomów świadczących o tym, że zwiększy się zadłużenie miasta.

Jak ktoś spojrzy z boku na zadłużenie Torunia, to może złapać się za głowę. Osiemdziesiąt cztery procent robi negatywne wrażenie.
Trzeba wytłumaczyć kilka spraw. Po pierwsze, my nie mamy złotówki kredytu, i tak jest od dziesięciu lat, na bieżące funkcjonowanie miasta. Jeżeli bierzemy jakieś pożyczki, to tylko na inwestycje. Żeby móc budować most, ulicę X, Y i Z, musimy zaciągać kredyty. To zadłużenie nie pojawiło się z roku na rok, tylko wynika z sukcesywnego narastania zobowiązań. Po drugie, mamy nadwyżkę przychodów bieżących nad wydatkami. Ona przekracza w tym roku sto milionów złotych. Gdybyśmy nie inwestowali, to mielibyśmy jeszcze odłożone pieniądze. Bez sensu byłoby jednak trzymanie tych aktywów na lokacie. Miasto, w którym nie ma inwestycji, umiera. Warto dodać, że z racji inwestycji, oceny ratingowe poprawiły się nam ostatnio. Po trzecie, nie ma już oceny zadłużenia w sposób bezwzględny, o którym pan mówił. Ustawodawca przewidział, że od 1 stycznia 2014 roku zadłużenie miasta będzie odnosiło się do możliwości spłaty kredytów.

Jak wygląda w takim zestawieniu Toruń?
Możemy spłacać 140 milionów kredytów i innych zobowiązań rocznie. Spłacamy znacznie mniej, bo 111 milionów. Mamy więc możliwość zaciągnięcia kolejnych zobowiązań pod inwestycje. Potencjał kredytowy nie będzie prostym parametrem, ale będzie uzależniony od bieżącej wydolności budżetu. Nadwyżka przychodów nad kosztami jest dla nas bardzo ważna. Mówi się czasami: wydajecie setki milionów na inwestycje, a nie macie kilku milionów na imprezę kulturalną czy sportową. Staram się wtedy wyjaśniać, że nadwyżka przychodów jest dla nas konieczna, by inwestować. Co to za miasto, które ma drogi w złym stanie, nie posiada kanalizacji czy budynków użyteczności publicznej? Im bliżej roku 2013, jak spojrzy się na dane, tym więcej zobowiązań kredytowych, które zaciągane są pod realizację projektów unijnych. Żałujemy, że niektóre inwestycje są słabo dofinansowane, jak np. budowa mostu. Dotacja europejska na ten cel wynosi bowiem ok. 45%, a mogłaby – mamy opinię Komisji Europejskiej na piśmie – zostać refinansowana na poziomie 85% kosztów całej inwestycji. W Polsce, póki co, jednak takich pieniędzy na tę inwestycję nie ma. Jeżeli wyłączy się projekty unijne z globalnego wskaźnika zadłużenia, to Toruń ma go nie osiemdziesiąt cztery procent, ale pięćdziesiąt sześć.

Nie obawia się pan jednak, że skończy się boom inwestycyjny i możliwość pozyskiwania środków z Unii Europejskiej w długoterminowej perspektywie, a Toruń pozostanie z wieloletnimi zobowiązaniami?
Posiadamy krótkookresową perspektywę do 2022 roku, czyli do momentu, kiedy środki unijne płyną do naszego kraju szerokim strumieniem. Potem będzie ich znacznie mniej. Wyliczone mamy, że będziemy mogli jeszcze zaabsorbować 1 miliard złotych z kasy europejskiej. Do tego będziemy musieli dołożyć ok. 900 milionów – własnych, jak również pożyczonych. Własnych uda nam się uzbierać około połowę. Jest to przyzwoity poziom inwestowania, bo w ciągu 10 lat sięgał on będzie ponad 2,5 miliarda. Przecież w długookresowej perspektywie inwestycje też muszą przynosić profity. Nie mówię tu o tym, że będziemy pobierali środki za przejazd wybudowanymi drogami czy mostem, lecz o tym, że miasto zyska dzięki temu możliwość rozwoju przedsiębiorczości, która wprost przekłada się na większe wpływy do budżetu. Jak ludzie będą chcieli w Toruniu mieszkać, to siłą rzeczy będzie on bogatszy.

Pana oponenci sugerują czasem, że zamierza pan w najbliższej czterolatce zostawić fotel prezydenta i zostać np. senatorem, bo kolejny prezydent będzie miał związane ręce przez sytuację budżetową, a potem wrócić na to stanowisko. Ile jest w tym prawdy?
Każdemu kto tak, mówi, polecam lekturę wieloletniej prognozy finansowej. My mamy każdą złotówkę wydatków i dochodów policzoną oraz starannie zaplanowane inwestycje na najbliższe lata. Jeżeli można mi coś zarzucić, to zbytnią ostrożność. Podam przykład. Minister Rostowski pozwolił na 2013 rok samorządom określić wpływy z CiT-u na poziomie 111%. My z takiej możliwości zrezygnowaliśmy i zdecydowaliśmy się na 105%. Nie można bowiem być zbytnim optymistą. Nie ma też szans na to, że Zaleski sam uknuł coś takiego, bo wszelkie prognozy przyjmuje Rada Miasta. Każdy klub w niej zasiadający ma swoich doradców, którzy wiedzą jak opiniować dane projekty. O spisku nie może być mowy.