Minerały z gruzowiska

Nikiel, krzem, żelazo i inne minerały są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy po nie polecieć. I nie jest to pomysł zaczerpnięty z filmu science-fiction. Naukowcy już obmyślają, jak łapać i przenosić na orbitę ziemską planetoidy, żeby je wykorzystywać.

Największe gruzowisko planetoid znajduje się między Marsem a Jowiszem. Setki tysięcy odłamków krążą wokół Słońca. Z nich miliony lat temu powstała Ziemia, Mars oraz Jowisz. – Gruzowisko to niedoszła planeta, która nie może się połączyć – mówi Jerzy Rafalski, astronom z toruńskiego planetarium. – Skały sprzed ponad pięciu milionów lat to świetny materiał do badań. Okazuje się, że w tych okruchach znajduje się mnóstwo minerałów, które w przyszłości można wykorzystać na Ziemi.

Naukowcy już rozmyślają nad tym, co by było, gdyby taką planetę złapać. Choć scenariuszy jest kilka, każdy wydaje się abstrakcją.

– Wwiercić się do środka, pobrać materiał i wrócić z nim na Ziemię? Trudny scenariusz – mówi astronom. – Amerykanie wpadli więc na pomysł przywleczenia całej planetoidy na orbitę ziemską, aby pozyskiwać ogromne ilości minerałów, które przydadzą się w przyszłości, i nie wylatywać ciągle daleko w kosmos. Tu jednak zaczyna się zabawa z prawem kosmicznym.

Kosmos nie należy do nikogo. Obowiązuje międzynarodowa umowa, zgodnie z którą wszechświat, podobnie jak Antarktyda, nie jest własnością żadnego z państw. W październiku 2015 roku prezydent USA Barack Obama stwierdził jednak, że Ameryka zacznie sobie rościć prawa do planetoid.

– Cały świat się oburzył – mówi Rafalski. – Prezydent Obama podpisał ustawę o wydobywaniu bogactw naturalnych w przestrzeni kosmicznej. US Commercial Space Launch Competitiveness Act przewiduje, że każdy materiał, jaki obywatel USA lub amerykańska firma znajdą na asteroidzie lub Księżycu, należy do znalazcy, który może z nim zrobić, co mu się podoba.

Pierwsze kroki prawne zostały już więc podjęte. Projekt zdobył zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Jak zaznacza toruński astronom, prędzej czy później technika przywlekania planetoid w kierunku Ziemi może przecież wpaść w niewłaściwe ręce.

– Co by się stało, gdyby w ręce terrorystów dostały się bomby atomowe? – pyta Rafalski. – Szaleństwo, ale w porównaniu z planetoidą – to pikuś. Jeżeli pchnęliby ją w stronę Ziemi, to mamy pocisk, który niszczy całą planetę. Wystarczy dziesięciokilometrowa skała, która uderzy w Ziemię. Dalibyśmy w przyszłości bardzo niebezpieczne narzędzie zagłady ludzkości.

Zwolennicy projektu twierdzą, że prędzej czy później musimy nauczyć się przesuwania planetoid, aby zmieniać tor ich lotu, gdyby podążały w kierunku Ziemi. Powoli więc uczymy się panować nad kosmosem i przesuwać okruchy skalne w przestrzeni.

– Mówimy o planetoidach, a zapominamy o Księżycu, który jest dla nas diabelnie cenną planetą. W tamtejszym piasku jest całe mnóstwo wysokoenergetycznego helu-3, pochodzącego z materii Słońca. Gaz ten byłby idealnym paliwem w przyszłości. Na razie jednak naukowcy nie mają pomysłu, jak go wydobywać – podsumowuje Rafalski.

Kosmos nie rozpala też już wyobraźni tak jak dawniej. Czasy wyścigu kosmicznego raczej mamy za sobą. – Okazało się, że projekty kosmiczne są jednak zbyt kosztowne. Ostatnio mówi się o kolonizacji Marsa, która odbyć się ma już w 2030 roku. Osobiście jednak nie wierzę w tę datę – mówi Rafalski.

Choć trudno mówić o rozmachu lotów organizowanych przez NASA, do kosmicznej gry weszły prywatne firmy. To na przykład amerykański SpaceX Elona Muska – ten producent statków kosmicznych opracował technologię lotów tańszą od NASA. Musk jest współpomysłodawcą kolonizacji Marsa. – Marsjańską misję mogą śledzić miliardy ludzi – prognozuje Rafalski. – Może się jednak okazać, że jest poważny problem i załoga promu nie wróci. Mało tego – oni polecą, wiedząc, że mogą umrzeć, zdecydują się na śmierć. Gdyby taka wizja się spełniła, cały program kosmiczny przygasłby na kilka najbliższych lat.

Jesteśmy dziś w stanie wysłać każdego człowieka w kosmos, ale nie wiem, czy świat jest gotowy na taką misję. Wysyłając żołnierzy na wojnę, jesteśmy przygotowani na poważne wypadki. Do 2030 roku zostało tylko kilkanaście lat. Nie wierzę, że polecimy. Nie stać nas na śmierć dla nauki – podsumowuje astronom.