Natalia Przybysz: Przytulam się do chaosu

Natalia Przybysz wystąpiła w marcu w Akademickim Centrum Kultury i Sztuki Od Nowa (fot. Andrzej Belina-Brzozowski)

Każdą piosenkę o miłości należy umieć zaadresować do samego siebie – mówi o nominowanym do Fryderyka 2015 albumie „Prąd” Natalia Przybysz, wokalistka uwalniająca demony i obywatelka wszechświata, w rozmowie z Aleksandrą Radzikowską.

„Prąd” jest smutną płytą?

Raczej bluesową. Jeśli mówimy o czymś smutnym, że jest muzyczne, granica pomiędzy smutkiem a szczęściem się zaciera. Pojawia się liryka, czyli pewnego rodzaju jakość łącząca te dwa bieguny i nieważne czy coś jest smutne, czy wesołe. Ważne, że jest ładne i od tego jest chyba sztuka, żeby ze smutku, przez piękno, prowadzić ludzi do szczęścia.

Jest coś, do czego wstydziła się Pani w tekstach przyznać?

Tak naprawdę wszystkie te pytania, które w tekstach zadaję, są grube… Nawet utwór niby żartobliwy „Nie będę twoją laleczką”, gdyby przyjrzeć się mu na poważnie, jest o istotnych sprawach. Przyznać się, że ma się takie problemy ze sprzątaniem to nędza (śmiech). Jak można być kobietą sukcesu, mieć dzieci, dom i jazdy o sprzątanie?

Dlaczego Pani tak długo gotuje, a on tak szybko je?

To koszmar! Zanim zdążę podać do stołu i pójść po swój widelec, na jego talerzu jest już prawie pozamiatane. Długo układałam tę łamigłówkę słowną z piosenki „XJS”. Chciałam, żeby to zagrało.

Na pytanie „dlaczego mi nie kupisz Jaguara XJS” chyba żaden facet nie ma dobrej odpowiedzi.

Na płycie tym pytaniem ukrócam rozmowę, ale napisałam jej kontynuację: „Bo nie mam pieniędzy, przecież wiesz jak jest/Dlaczego ze mną jesteś, skoro tak źle ci jest?/Znasz prawdę, chodzi tylko o seks”.

Jeśli zatrzymamy się na chwilę przy teorii, że piosenki z płyty są listami, to Pani partner dostał w kopercie dodatkowo wielki, żółty wykrzyknik?

Ma na tej płycie trochę przerąbane, ale na przykład „Sto lat” i „Królowa śniegu” to nie są listy do niego. „Prąd” nie musi być wcale do niego… No, „Miód” trochę jest.

Jak na to zareagował?

Podobnie, jak w utworze „XJS”: „Dlaczego ja piszę piosenkę, a ty nie wiesz o czym jest/Bo słucham melodii, nie liczy się tekst”. Może nawet trochę lubi to, że jest inspiracją.

Na płycie jest więcej pytań niż odpowiedzi. To zwiastun?

Nie wiem, bo czy to ma znaczenie? Pytania są znacznie ciekawsze niż odpowiedzi – otwierają drzwi i są zapowiedzią przygody. Odpowiedzi to takie pośmiertne tabliczki.

Czego zaskakującego dowiedziała się Pani o sobie podczas pracy nad tymi tekstami?

Dowiedziałam się, że najlepiej tworzy mi się w konflikcie. Jest kosa, trudno, źle się czuję – wtedy jakieś zwierzę wyrywa się ze mnie na powierzchnię i po drodze dotyka różnych klawiszy-słów, które potem układają się w piosenkę. To właśnie ten bluesowy odruch, gdy najlepiej tworzy się w niedoli.

„Miód”, pierwsza piosenka napisana na płytę, powstała na tej kosie?

Napisałam ją po pierwszej sesji terapeutycznej, kiedy z reguły człowiek znajduje się w rozsypce. Jest trudny, pełen wyrzutów w stosunku do siebie i ludzi wokół – ciągle pyta, „jak to się wszystko stało?”. Odpowiedzi na pytania z „Miodu” i trochę wewnętrznego spokoju uzyskuję w „Nazywam się niebo”. To chyba jedyny oddech na tej płycie, chociaż wszystkie teksty są słodko-gorzkie.

Jak bardzo Janis Joplin przysłużyła się temu, w jaki sposób Pani o tym opowiada?

Ona pojawiła się w moim życiu zupełnie niespodziewanie, przy okazji poprzedniej płyty „Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin”. Bardzo długo wahałam się czy wejść w ten projekt, aż w końcu zrozumiałam, dlaczego się waham. Problematyczne, wręcz drażniące było dla mnie patrzenie na nią i słuchanie jej śpiewania, bo to były emocje desperacji, samotności i histerii – wszystkie odcienie ludzkiego wnętrza, które ja z siebie wykluczałam. Nie chciałam się przed sobą przyznać, że też tak czasem mam.

„Prąd” pokazuje, że dziś jest inaczej.

Teraz wiem, że drogą rozwoju człowieka jest afirmacja tych odcieni. Ograniczeni są ci, którzy pod płaszczykiem duchowości i bycia super dobrym wypierają z siebie ciemną stronę mocy. Janis dała mi prezent w postaci: „Patrz! Jesteś full of shit, chociaż umiesz poukładać wszystko wokół siebie, to pochodzisz z chaosu i naucz się do niego przytulać”.

Taki podprogowy przekaz: Przybysz, naucz się uwalniać emocje?

Tak, gdy prowadzę warsztaty wokalne to nauczam, że śpiewanie jest prawie okultystycznym procesem, uwalnianiem demonów.

„Sto lat”, opowieść o alkoholizmie, ma jednego adresata?

Napisałam to do jednego adresata, ale piosenka jest otwarta. Ludzie mogą jej używać na swój sposób. Kiedyś mój nauczyciel śpiewu powiedział mi, że każdą piosenkę o miłości, a na płycie w zasadzie wszystkie są takie, należy umieć też zaadresować do samego siebie. Wtedy przechodzi po nas dreszcz i okazuje się, że to totalnie prawdziwe.

Jest Pani zaskoczona szumem, jaki „Prąd” przynosi?

Nie do końca to wiem. Ostatnio Karolina Domagalska, moja w zasadzie druga siostra, napisała kontrowersyjną książkę „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro”, która jeździ sobie po wielu krajach i wywołuje skrajne emocje. Właśnie Karolina powiedziała mi, że nauczyła się niczemu nie dziwić. Chyba na tyle wytrwale robię to, co robię już od tylu lat, że dojrzałam do tego, by się nie dziwić. Z drugiej strony jestem trochę w szoku, że aż tyle osób tę płytę kupiło. Album pokrył się już złotem, więc jest przynajmniej piętnaście tysięcy dobrych duszyczek, które mają go w domu. Jak to się stało?!

Czuć, że pokroiła się Pani w plastry robiąc tę płytę, dodatkowo bierze współodpowiedzialność za to, o czym opowiada. Nie zrzuca winy na cały świat, ale mówi: „to też przeze mnie”. Może trochę dlatego?

To fajna interpretacja. Właśnie temu się dziwię, że tyle osób jednocześnie myśli o tym, co na płycie opowiadam. Poczucie tej skali rzeczywiście lekko mnie elektryzuje.

Czym w takim razie jest tytułowy prąd?

Żywiołem i energią, które w jodze nazywamy praną. Kiedyś zapomniałam wziąć gitary na koncert, bo przecież nie mam zakodowane w mózgu, żeby pamiętać o instrumentach, i wyszła z tego kiepska sprawa. Wiadomo, stres i panika. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, gdzie te emocje w nas przebywają. Zauważyłam, że po ciele przemieszczają się w podobnych kierunkach, co podniecenie, że to w ogóle to samo! Dlatego śpiewam – może być tak, że skończy się to płaczem, a może być i tak, że orgazmem.

Dobrze, że płyta „Maria Awaria” Peszek przetarła szlaki wszelkim orgazmom, to się im ludzie dziś nie dziwią.

Puszczają tę piosenkę w radiu, więc nie jest źle. Poza tym, to czuję w Marii bratnią duszę. Bliska jest mi jej alternatywna wersja „Pan nie jest moim pasterzem” – pozwalam sobie i leżę jak zwierzę. Nie zależy mi na tym, żeby jakoś specjalnie to podkreślać, ale ja też nie czuję, że przynależę do kościoła albo kraju. Dziękuję jej za robotę, którą wykonuje, bo to w Polsce wciąż ważne tematy dla wielu uciemiężonych dusz. Nie wszyscy mieli postępowych rodziców. Byłam niedawno na jej koncercie i widziałam, jak bardzo ludzie tego potrzebują.

Sorry, Polsko?

Raczej czuję się obywatelką wszechświata. Mam tak, że uciekłabym, gdyby trzeba było walczyć. Z każdym z tych ludzi, którzy by we mnie celowali, chciałabym porozmawiać i zapytać: O co ci chodzi? Matka cię nie lulała? Ktoś każe ci to robić?! Inna sprawa, że pewnie nie zdążyłabym o to zapytać…

***
Natalia Natu Przybysz” autorstwa Andrzej Belina-Brzozowski, Agencja L&B Photo – Anna Małkowska, Management NATU. Licencja CC BY-SA 2.5 na podstawie Wikimedia Commons.