Niezależni Na Skarpie: Zaczynamy poważną batalię

Inicjatorzy i założyciele stowarzyszenia "Niezależni Na Skarpie" - Renata Zybertowicz i Stanisław Bęben i Tomasz Truszczyński (fot. Łukasz Piecyk)

Z założycielami stowarzyszenia „Niezależni Na Skarpie” – Renatą Zybertowicz (Z), Stanisławem Bębnem (B) i Tomaszem Truszczyńskim (T) – o bezprecedensowej społecznej akcji, zagadkowych fałszywych ulotkach, kulisach walki o zmianę statutu największej toruńskiej spółdzielni mieszkaniowej – rozmawia Jacek Kiełpiński.

Głośno o was ostatnio. Mówi się, że spółdzielnię „Na Skarpie” czeka rewolucja. Chcecie przejąć władzę?
Z – Chcemy demokracji, przejrzystości i jasnych reguł funkcjonowania tej spółdzielni. Problemem zasadniczym jest obecnie obowiązujący statut, który utrudnia właścicielom, czyli spółdzielcom, nadzór nad organami władzy.
B – Od lat starałem się rozgryźć choćby pewne punkty opłat za użytkowanie lokali. Dlaczego płacimy za mieszkania najdrożej w Toruniu, dlaczego nie wiemy, jakie są pełne zarobki zarządu, dlaczego spółdzielnia wypracowuje tak mały zysk? Dziś spółdzielca tego nie wie. A powinien.
T – Tu nie chodzi o przewracanie całego statutu i porządku w spółdzielni. Chodzi głównie o zmiany dotyczące zasad wyboru władz i o wprowadzenie zapisów zapewniających swobodny dostęp do dokumentów.

„Niezależni Na Skarpie” brzmi poważnie, wcześniej podobnych inicjatyw nie było. A jak to się zaczęło?
Z – Pan Stanisław udzielał się od lat w spółdzielni, był nawet kiedyś przewodniczącym Rady Nadzorczej. Ale go nie znałam. Nie znałam też pana Tomasza.
B – Tę batalię pani Renata rozpoczęła indywidualnie. I pociągnęła nas oraz wielu innych za sobą. Ludzie uwierzyli, że tak energiczna kobieta może wreszcie popchnąć nasze wspólne sprawy.

Nazwisko Zybertowicz, szczególnie w Toruniu, jest znane. Wielu kojarzy się jednoznacznie z partią braci Kaczyńskich.
Z – Wiem. Mój były mąż, prof. Andrzej Zybertowicz, był doradcą politycznym prezydenta Kaczyńskiego i nie kryje swoich poglądów. Ja, po pierwsze, nie jestem już jego żoną, po drugie, nie mam identycznych poglądów politycznych, po trzecie, i najważniejsze, w tej sprawie nie ma polityki.
T – Szczerze mówiąc, o polityce nie rozmawiamy w ogóle, tu chodzi wyłącznie o poprawę jakości życia na największym toruńskim osiedlu.

To jak to się właściwie zaczęło?
Z – Szlag mnie trafił, gdy przed zebraniami walnymi w czerwcu dowiedziałam się, że nasza spółdzielnia dogaduje się z Młodzieżową Spółdzielnią Mieszkaniową w celu powołania spółki z ograniczoną odpowiedzialnością zajmującej się reklamą i działalnością wydawniczą. Po co? Przecież za ten nowy byt zapłacimy wszyscy my, spółdzielcy. Ponadto przeanalizowałam listę kandydatów do Rady Nadzorczej i zrozumiałam, kogo namaszczał zarząd. I domyśliłam się, że dwaj ostatni kandydaci na liście nie są z tego samego kręgu. Wtedy wymyśliłam akcję ulotkową wspierającą m.in. tych dwóch „ostatnich” ludzi. I to był chyba początek. A gdy pokazały się fałszywki mojej ulotki, zrozumiałam, że trafiam w najczulszy punkt.

Jak to „fałszywki”? Macie je?
Z – Proszę bardzo. Oto moje ulotki rozdawane przed walnymi kolejnych sektorów osiedla. A to dziwadło, którego całą torbę przytargali jacyś nietrzeźwi ludzie w piątek 6 czerwca przed walnym spółdzielców z sektora „Regina”. Analizując treść obu ulotek widać od razu, czemu to miało służyć. Fałszywka popiera kandydatów z początku listy, naszym zdaniem wygodnych dla zarządu. Pomija zaś najbardziej drażliwy punkt moich ulotek, mówiący o nieudzielaniu absolutorium zarządowi. Dla uwiarygodnienia „fałszywka” zaleca głosowanie przeciw utworzeniu spółki.
B – Bo spółka i tak by nie przeszła po tym, co pani Renata zrobiła na walnym swojego sektora „Karolina”…
Z – O, fakt, tam był prawdziwy początek! Tego dnia, rozdając ulotki, wołałam do ludzi: „Nazywam się Renata Zybertowicz, wybierzcie mnie przewodniczącą obrad!” Był 3 czerwca, dzień walnego sektora „Karolina”, na którym mieszkam. Ludzie czytali ulotkę, dzięki temu pojawili się na walnym liczniej i mnie wybrali, żebym przewodniczyła tego dnia obradom. Byli pewnie ciekawi, co z tego wyjdzie. Może myśleli, że ja, filozof, chcę wskoczyć na fotel prezesa? Nigdy!
B – A wyszło tak, że ludzie odrzucili pomysł powołania spółki z MSM i bodaj pierwszy raz zarząd „Na Skarpie” nie dostał absolutorium na jednej z części Zgromadzenia…
Z – Ulotki oryginalne mówiły też: „NIE godzimy się na „dziedziczenie” stanowisk w Radzie Nadzorczej!” Fałszywka oczywiście ten punkt ominęła. W naszej spółdzielni skład solidnie wynagradzanej rady ma kluczowe znaczenie. I sposób jej wyboru od dawna budzi wątpliwości. Dlaczego nie liczy się głosów na każdej części walnego i nie podaje do protokołu? Tylko zaklejona koperta z głosami trafia do sejfu razem z kopertami z innych sektorów, a głosy liczy się u jakiegoś notariusza? Po co takie skomplikowane zabiegi wprowadzono kiedyś do naszego statutu?

Aż do tego stopnia nie ufacie władzom spółdzielni?
Z – Gdy coś prostego się komplikuje, zawsze rodzą się wątpliwości, czemu to służy. W prawdziwej demokracji nie ma na takie rzeczy miejsca. Dlatego, jako przewodnicząca obrad na „Karolinie”, nie podpisałam zbiorczego protokołu obrad. Nie udostępniono mi bowiem filmów z zebrań w innych sektorach. Chciałam sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawiły się tam osoby głosujące kilka razy. Mieszkańcy Skarpy od dawna bowiem wyrażają obawy, że niektóre osoby wchodzą na walne więcej niż jednokrotnie.
B – Teraz czas na uaktywnienie mieszkańców. Dlatego robimy akcje ulotkowe i tłumaczymy, że jeśli około tysiąca spółdzielców z ponad 8 tys. mieszkających na naszym 27 tysięcznym osiedlu poprze nasz wniosek o zmianę statutu, to poznamy wreszcie prawdziwą kondycję SM „Na Skarpie” i będziemy mieli wpływ na kierunek rozwoju spółdzielni. Cały czas przyjmujemy też nowych członków do naszego stowarzyszenia…
Z – …Ale ostrożnie. Chcemy uniknąć potencjalnych „kretów”.

Szpiegów? A w jaki sposób chcecie ich eliminować?
T – W deklaracji członkowskiej zawarliśmy specjalną „klauzulę bezpieczeństwa”. Osoba, która chce do nas wstąpić, musi oświadczyć na piśmie, czy jest albo była związana w jakiś sposób ze spółdzielnią. To może być powiązanie stosunkiem służbowym, biznesowym albo przez pokrewieństwo.

Takich osób nie przyjmiecie?
Z – To nie jest decydujące. Najważniejsze, aby chętni do współpracy z nami nie okłamywali nas. Jeśli taką przykrą okoliczność stwierdzimy, zastrzegamy sobie możliwość publikacji informacji na ten temat w mediach z podaniem personaliów tych nieuczciwych osób.

I ludzie to podpisują?
T – Tak. I to ze zrozumieniem. Mamy już wielu członków. Zależy nam na ludziach odpowiedzialnych i świadomych tego, że biorą udział w poważnej akcji, która powiedzie się, gdy będziemy mieli do siebie zaufanie.

Wyczuwam, że obawiacie się frontalnego ataku ze strony władz spółdzielni…
B – Działali przed nami społecznicy, których władze ciągały po sądach. Stąd obawy. Nasi poprzednicy, jak choćby radny Zbigniew Ernest, działali jednak w pojedynkę.
Z – Przekonamy się niebawem. Skierowaliśmy list otwarty do zarządu. Nasze dalsze działania uwarunkowane są odpowiedzią na to pismo. Czekamy na nią. I zbieramy siły.