Od początku roku szkolnego 2014/2015 sześciolatki pójdą do podstawówki. Sprawdzamy, jak odbije się to na funkcjonowaniu toruńskich przedszkoli

Na zamieszaniu ze zmianami w szkolnictwie najwięcej tracą dzieci (fot. Adam Zakrzewski)

Ministerstwo Edukacji Narodowej planuje od kolejnego roku szkolnego rewolucję. Nie wszyscy w nią do końca wierzą, bo rząd kilkukrotnie przesuwał już wprowadzenie w życie nowych przepisów. Zamiast siedmiolatków, w I klasie szkoły podstawowej mają uczyć się sześciolatki. Na razie jednak tylko te, które urodziły się od 1 stycznia do 31 czerwca 2008 roku. W niepewności pozostają nie tylko szkoły, ale również przedszkola – te miejskie, ale również prywatne.

Na pozór panuje w nich duży spokój. Zarządzający placówkami ostrożnie komentują sytuacją, bo wiedzą, że w ostatnich miesiącach wielokrotnie zmieniały się terminy wprowadzenia zmian w życie.

– Co roku mamy więcej chętnych niż miejsc – mówi Anna Blum, dyrektor Przedszkola Miejskiego nr 1 im. Wandy Szuman w Toruniu. – Sytuacja, o ile dojdzie do zmian, zmieni się o tyle, że będziemy mogli przyjąć więcej trzylatków i czterolatków. Teraz musimy odsyłać niektóre podania rodziców na listę rezerwową. Nie przewiduję zwolnień nauczycieli. Na razie dostaliśmy jedynie informację wstępną.

W tym momencie, pomimo tego, że jest listopad, nadal wpływają zapytania rodziców „maluchów”.

– Zainteresowanie miejscami w przedszkolach jest w Toruniu duże – wskazuje Anna Blum. – Przychodzą rodzice i sprawdzają, czy może zwolniło się jakieś miejsce w młodszej grupie. Zmiana w przepisach nie spowoduje tego, że liczba dzieci w placówkach, takich jak nasza, będzie większa. Zmieni się po prostu struktura grup.
W podobnym tonie wypowiadają się inni dyrektorzy,

– Jeszcze się, na dobrą sprawę, nie zastanawiamy jak to będzie – mówi Halina Jankowska, dyrektor Przedszkola Miejskiego nr 4 w Toruniu, – Od stycznia będziemy analizowali sytuację.

Teraz już jednak wiadomo, że ok. 110 dzieci od nas odejdzie. Mam nadzieję, że uda się tyle znaleźć w młodszej grupie wiekowej.
Doświadczona pedagog zwraca jednak uwagę na inny problem.

– Specyfika pracy z sześciolatkami jest inna niż z trzylatkami – dodaje Halina Jankowska. – Tam potrzeba zatrudniać pomoc przedszkolną. Będziemy więc, najprawdopodobniej, musieli zatrudnić kolejne osoby. To wiąże się z koniecznością wygospodarowania w budżecie nowych środków. W tym momencie trudno powiedzieć, skąd będą one pochodziły.

Nauczyciele zwracają też uwagę na aspekt emocjonalny.

– Nie jest tak, że zmiany ustawowe pozostaną bez wpływu na psychikę dzieci – mówi Justyna Aszkielaniec, pedagog i logopeda. – Sześciolatki są bardzo chłonne na nowe bodźce i poznawanie świata. Nie wszystkie jednak będą w stanie udźwignąć „ciężar” emocjonalny nauki. W przedszkolach są bowiem jedynie jej elementy. Odejście najstarszej grupy dzieci z tych placówek spowoduje, że będą w nich musiały zajść zmiany organizacyjne. Kadra będzie zmuszona dostosować się do sytuacji, w której większość stanowiły będą bardzo małe dzieci. To zupełnie inne wyzwania, chociaż wierzę, że pedagodzy sobie poradzą. Nie ma innej drogi.

Z większym niepokojem niż dyrektorzy podchodzą do sprawy nauczyciele.

– Niestety. nikt nie wie do końca, jak będzie wyglądało finansowanie przedszkoli od roku szkolnego 2014-2015 – mówi przedszkolanka, która chce zachować anonimowość. – Pracuję w zawodzie już dwadzieścia lat. Nie jestem najmłodsza, ale znam potrzeby dzieci. Uważam, że to błąd, że z przedszkoli „wyprowadzą” się sześciolatki. Były one pewnym oparciem dla młodszych dzieci, ale też obecność w takim miejscu umożliwiała im przedłużenie dzieciństwa. Oczywiście, że boję się utraty pracy i nie wierzę w to, że nie będzie redukcji etatów. Jak nie uderzy to w miejskie placówki, to problem dotknie prywatne przedszkola.

– Najważniejsze jest to, żeby rządzący zdecydowali się w końcu na jakieś rozwiązanie – mówi dyrektor Prywatnego Przedszkola Skrzat w Toruniu. – Przewiduję, że przez dwa lata odbije się to niekorzystnie na ilości dzieci przyjmowanej do niepublicznych ośrodków, ale nie można pozwolić na to, żeby rodzice, przedszkola, a przede wszystkim „maluchy” żyli w ciągłej niepewności. Nie ma żadnego argumentu, żeby twierdzić, że dziecko urodzone w czerwcu nadaje się bardziej do pójścia do szkoły niż te z lipca. To kolejny nietrafiony pomysł, który wprowadza jedynie zamęt. Po dwóch, może trzech latach wszystko powinno wrócić do normy, więc nawet jak za rok nie otworzymy jednej grupy, to trudno.

Nie można nie oprzeć się wrażeniu, że o decyzja ostateczna w tej sprawie zawsze może okazać się jednak nie do końca ostateczną. Wszystko wyjaśni się już niedługo. Szkoda, że na zamieszaniu nikt nie zyskuje, a wszyscy tracą.