Olga Pniewska: Nigdy wcześniej nie przymierzałam się do kryminału

(fot. Łukasz Piecyk)

„Tajemnice Torunia” to trzy opowiadania połączone bohaterami – trójką nastoletnich przyjaciół – i miastem. Sporo w nich zmieściłaś – to nie jest tylko prosta intryga kryminalna. Na jaw wychodzą tajemnice z przeszłości bohaterów, obserwujemy rodzące się między nimi uczucia. Jest też sporo Torunia – obok znanych turystom miejsc na Starówce odwiedzamy z Irmą, Olą i Mikołajem np. działki na Rudaku. 

Zawsze chciałam poznać bohaterów, którzy chodziliby ulicami, które znam i tak wylądowałam w Toruniu z trojgiem moich własnych postaci, które traktuję jak żywych przyjaciół. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od Fortu IV. Kiedy byłam mała, było to najmodniejsze miejsce wyprawiania urodzin, więc bardzo często tam bywałam, a ciemne korytarze pobudzały moją wyobraźnię. Pierwsze opowiadanie, które dzieje się właśnie tam, jest najmniej udane, ale bez niego nie byłoby kolejnych części.

Twoi bohaterowie rozwiązują kryminalne zagadki zupełnie jak w młodzieżowym cyklu „Przygody trzech detektywów” sygnowanym nazwiskiem Alfreda Hitchcocka.

Ostatnio, na przekór modzie, właściwie nie czytuję kryminałów. Jednak kiedy byłam młodsza, a moje uczucie do książek jeszcze chłodne, przesłuchałam pokaźne sterty audiobooków. Na mojej wirtualnej półce stanęły np. „Seria niefortunnych zdarzeń”, „Century”, „Księga urwisów” czy „Pan Samochodzik”. Wydaje mi się, że to Niziurski i Nienacki najbardziej mnie zainspirowali, przy czym po latach na te wzorce nałożyły się filmy typu „07 zgłoś się” albo „Sherlock Holmes” z Robertem Downeyem Jr.

Nigdy wcześniej nie przymierzałam się do kryminału. Częściej na własny użytek eksperymentuję z fantastyką, romansem albo, nazwijmy to, opowiadankami obyczajowymi. Sam „proces twórczy” jest dla mnie czystą rozrywką, uwielbiam to robić.

Masz jakieś swoje „pisarskie rytuały”?

Nie mogę się skupić bez wełnianej podkładki pod łokieć w kształcie żółtej kury z bardzo dobrego chowu, którą wydziergała moja babcia. Oprócz tego potrzebny mi jest święty spokój w połączeniu z bardzo głośną muzyką: klasyczną albo rockową. Nie wiem, czy można to nazwać rytuałem, ale nie potrafię pokonać psychicznie oporu przed pokazaniem komukolwiek tekstu, dopóki ten nie jest skończony, obojętnie czy będzie to mama, przyjaciółka, czy ciotka wujcia Władzia. Do niedawna pisałam tylko dla siebie, mój komputer dosłownie zapchał się niedokończonymi opowiadaniami. Pierwszym, które udało mi się skończyć (chyba w trzeciej klasie podstawówki), była bajka zaczynająca się słowami: „Za siedmioma mopami, za ośmioma wiadrami, za pięcioma szczotkami, żyła sobie bezimienna ścierka do kurzu”. Później moje zainteresowania przeniosły się ze środków czystości na nieco bardziej zakurzone grunty, to znaczy historię miasta.
Jedna z bliźniaczek, Ola, gra na skrzypcach. Ty też.

Moje postaci nie mają konkretnych pierwowzorów. Wyjątkiem jest moja ulubiona Orchidea mówiąca łamaną polszczyzno-angielszczyzną. Wprawdzie nie wykorzystałam autentycznych powiedzonek mojej przyjaciółki Phoebe, Amerykanki, którą poznałam na kursie muzycznym, ale jej sposób mówienia bardzo odcisnął się na kreacji tej postaci. Wymyślanie jej niekonwencjonalnych zachowań i angielsko-polskich „łańcuszków” sprawia mi wielką przyjemność. Oczywiście, nie mogłam się powstrzymać przed „osobistymi wstawkami”, jak Ola – skrzypaczka oraz jej zamiłowanie do Czajkowskiego i Sarasatego, chociaż raczej przypominam Irmę, z którą z kolei dzielę zamiłowanie do trampek. Mikołaj jest czystym wytworem mojej wyobraźni (jak mówią koleżanki – niestety). Jedynie pewne fragmenty, w których Irma poszukuje informacji o Sarasatem, niejako przepisałam z życia. Częściowo utrwaliłam mój własny, mozolny proces pozyskiwania wiedzy na jego temat. Cieszę się, że udało mi się dotrzeć do niemal zapomnianego faktu, że hiszpański wirtuoz koncertował w Toruniu. Stworzony przez mnie bilet nie jest oryginalny, ale wszystkie informacje na nim już tak: miejsce, repertuar, nazwisko akompaniatorki.

Jedna z bohaterek przez jakiś czas ma niesprawną rękę. Niedawno przydarzyła mi się podobna kontuzja ręki, która uniemożliwiła mi grę na skrzypcach. Można powiedzieć, że przewidziałam sobie swój własny „stan beznadziejności” i dzięki temu mogłam skupić się całkowicie na pisaniu.


Olga Pniewska ma 16 lat. Jest uczennicą Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Karola Szymanowskiego w Toruniu i stypendystką Miasta Torunia w dziedzinie kultury. Kiedy nie pisze, gra na skrzypcach, fotografuje lub rysuje, a przede wszystkim opiekuje się swoimi zwierzętami: rybkami, rakami, patyczakami, papugą Rosołem i wiewiórką Melą. Jej książka „Tajemnice Torunia” ukazała się w Wydawnictwie Naukowym UMK.