Oskar Fajfer: Najlepsze przede mną

Czy druga część sezonu okaże się lepsza dla Oskara Fajfera? (fot. Adam Zakrzewski)

O trudnej jeździe na MotoArenie, sprzeczkach z ojcem oraz o emocjach zarówno po zwycięstwie jak i upadku – z Oskarem Fajferem, żużlowcem Klubu Sportowego Toruń, rozmawia Karol Żebrowski.

Po transferze ze Startu Gniezno do ówczesnego Unibaxu Toruń powiedziałeś: „Nie nastawiam się na to, aby od razu wypalić, jak z armaty i później stanąć w miejscu”. Czy z perspektywy czasu uważasz, że ten sukcesywny progres cały czas następuje?

Tegoroczny sezon ma dla mnie dwa różne oblicza. Z jednej strony jadę zdecydowanie lepiej na wyjazdach, gdzie w poprzednim roku miałem ogromne problemy. Z drugiej zaś, jestem bardzo niezadowolony z tego, co pokazuję na MotoArenie. Naprawdę staram się przykładać do tych domowych spotkań, zostawiam „serducho” nie tylko podczas ligowego ścigania, ale również na treningach, jednak nie przynosi to oczekiwanego efektu.

Z czego to może wynikać?

Myślę, iż jest to spowodowane delikatną zmianą nawierzchni toruńskiego toru. Wcześniej był on zdecydowanie twardszy i nie miałem problemu z przystosowaniem maszyny do niego. Nie chcę jednak się tym tłumaczyć. Mam nadzieję, że stopniowe zmiany pozwolą mi wrócić do dobrej jazdy u siebie w drugiej części sezonu.

Jest to twój ostatni sezon jako junior. Nie da się ukryć, że rywalizacja z drugim juniorem – Pawłem Przedpełskim – nie wypada korzystnie dla ciebie. Wybiegając w przyszłość może być ci bardzo ciężko zostać na ekstraligowych torach.

Paweł jest świetnym zawodnikiem. Ja przeważnie jeżdżę tylko w trzech biegach i ciężej jest mi zrobić podobny wynik do reszty ekipy. Przed sezonem stawiałem sobie cel, aby moja średnia oscylowała w okolicach 2 punktów na wyścig. W tym momencie jestem daleko od tego, jednak wierzę w siebie i swoje umiejętności. Liczę na to, że do końca sezonu wiele rzeczy „drgnie” i będę mógł nie tylko częściej startować, ale i zajmować lepsze pozycje.

A internetowe docinki dotyczące wyników?

Kompletnie tego nie czytam, jestem zainteresowany własną jazdą i tym, aby stawać się coraz lepszy.

Mogłeś również spotkać się z opiniami, że było ci łatwiej bo pochodzisz z żużlowej rodziny – twój tata, wujek, brat… Wszyscy jesteście w środowisku czarnego sportu. Jako wciąż młodego chłopaka takie twierdzenia mogły deprymować.

Mówią to tylko osoby, które nie mają pojęcia o mnie i mojej rodzinie. Od dziecka droczyłem się z tatą w sprawie żużla. Często powtarzał mi, że nie ma mowy, abym jeździł, nie chciał podpisywać różnych zgód na starty w zawodach. Jedynym moim ułatwieniem może być, iż mam to „coś” we krwi. Do reszty doszedłem ciężką pracą.

Która pewnie kolidowała z innymi rzeczami, jak szkoła, wyjścia na imprezy?

Trzeba umieć w życiu wybrać. Na szczęście szkołę udało się zakończyć. Ciężej było tym bardziej, że oprócz trenowania po zajęciach musiałem sam myć motory, nie miałem także swojego mechanika. Nie było łatwo.

Jeszcze za czasów jazdy w Gnieźnie pierwszą ekipę tworzyłeś z ojcem. Później jednak zdecydowałeś się na zmianę i stworzyłeś własny „team”.

Z ojcem mamy podobne charaktery. Nie szło to w parze. Często się przekrzykiwaliśmy, nie mogliśmy dojść do porozumienia. Emocje brały górę, a nie było to dobre dla mojego rozwoju, więc stąd ta zmiana.

Zostając przy emocjach. Po zwycięskim biegu w Lesznie powiedziałeś, że przeszedł cię dreszcz. Jak nerwy mogą działać na jazdę żużlowca? Szczególnie może tak młodego, jak ty?

Jak dla mnie emocje grają bardzo dużą rolę. Po zwycięstwie mam chwilę uniesienia, ale zaraz staram się uspokoić mówiąc sobie: „Oskar, będziesz jeszcze jechał, ogarnij się, uspokój”. Przecież za chwilę mogę przyjechać jako ostatni, co nie jest zbyt fajnym uczuciem.

Pojawiają się chyba nie tylko przy triumfach. Ostatni przykład; Greg Hancook podcięty przez Nickiego Pedersena rzuca się na niego z pięściami. Co dzieje się w twojej głowie, kiedy lądujesz na żużlu po kontakcie z przeciwnikiem?

Czasami też pojawia się podobna myśl w głowie, może nie rzucać się do bójki ale „zdzielić” w kask by się przydało… Pamiętam gdy rok temu upadłem po walce z Bartoszem Zmarzlikiem. W powtórce byłem niesamowicie naładowany. Zamiast skupić się na walce o jak najlepsze miejsce, chciałem się koniecznie zrewanżować. Po starcie od razu kopnąłem go. Rezultat był taki, że sam się przewróciłem, a dodatkowo wyleciał mi bark. Dostałem nauczkę.

Co Oskar Fajfer może zaproponować kibicom i zespołowi KS Toruń do końca sezonu?

Chciałbym zdecydowanie zapewnić, że w dotychczasowych spotkaniach nie pokazałem jeszcze pełni swoich możliwości. Myślę, że moja jazda to było jakieś 50 procent tego, co potrafię. Dokonałem już pewnych zmian w celu przystosowania maszyny szczególnie do toru na MotoArenie i mam nadzieję, że to wszystko pójdzie w kierunku zadowolenia zarówno mojego, jak i całej społeczności KS Toruń.