Ośrodek „Mateusz” to wzór dla osób zajmujących się resocjalizacją

Społeczność "Mateusza" musi sama zadbać o swój dom (fot. Jacek Kiełpiński)

Przez pięć lat przewinęło się przez jego mury 70 mieszkańców wychodzących z dna na prostą. Działalność „Mateusza” zgłębiają studenci, a naukowcy – na podstawie doświadczeń ośrodka – apelują o gruntowną zmianę polskiej polityki postpenitencjarnej.

Wśród byłych więźniów bez przyszłości i uzależnionych kończących terapie krążą już o nim legendy.

– Często ludzie z końca Polski pukają do nas w nocy – przyznaje Waldemar Dąbrowski, twórca „Mateusza”, jego kierownik i… „tata” wszystkich mieszkańców. Tak go tu nazywają. – Skoro człowiek nie ma dokąd pójść, jest zmarznięty i głodny… zawsze jakieś łóżko polowe można dostawić.

Nowy mieszkaniec, nim zostanie przyjęty na stałe, musi przyjąć zasady obowiązujące w tym szczególnym domu. Tu nie ma alkoholu, tu nie ma agresji. Tu się nawet nie przeklina, bo panowanie nad własnym językiem to początek przemiany, o którą
chodzi.

– Każdego biorę na rozmowę i po swojemu prześwietlam – dodaje „tata” Dąbrowski. – Gdy mu krótko opowiem o swoich przejściach i doświadczeniach, najczęściej rozumie, że mnie nie oszuka. Jako alkoholik niepijący nie potrzebuję alkotestu, by wiedzieć, czy się przypadkiem nie złamał. Kogo ty próbujesz oszukiwać? – wtedy pytam. Mnie? Przecież ty tylko siebie samego oszukujesz. Z powodu powrotu do pijaństwa wielu musiało opuścić mury „Mateusza”. To dom dla ludzi twardych.

W ośrodku każdy ma coś do roboty. Ma być czysto, ciepło, obiad gotowy na czas. Ci, którym udało się znaleźć pracę w mieście, wracają po południu na gotowe. Wszystkie ewentualne wątpliwości czy konflikty rozwiązuje się podczas cyklicznych spotkań kilkunastu mieszkańców, czyli tzw. społeczności.

– Każdy sam musi sobie poradzić z własnymi emocjami. A trafiają tu mordercy i przestępcy mający na koncie liczne pobicia – wspomina Waldek. – Choćby Darek, jak tu trafił, to cały czas wywijał się jak na ringu, jakby każdemu chciał przyłożyć.

Opanował to ostatecznie. Teraz, jak go nosi, bierze siekierę i idzie za dom rąbać drewno. Każdemu to polecam. Działa.
Przez pięć lat działalności „Mateusz” zmienił się nie do poznania. Mieszkańcy sami rozbudowali barak na tyłach „Młyna Wiedzy” przy ul. Kościuszki 77. Z potwornej rudery, na którą miasto nie miało pomysłu, stworzyli przytulny dom. A wspierani są przez nieliczne firmy prywatne, okresowo przez Caritas, sklepy pozbywające się żywności z krótkim okresem ważności. Od miasta „Mateusz” dostawał od 9 tysięcy rocznie na początku działalności, do 21 tysięcy w tym roku. Że to kwoty niewystarczające, wiedzą doskonale wszyscy, w tym urzędnicy. Brakuje rozwiązań prawnych umożliwiających realne wsparcie
ośrodka i jego mieszkańców.

Profesor Piotr Petrykowski, dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK, przyznaje, że „Mateusz” wykracza poza polski system pomocy postpenitencjarnej. – Na świecie, w krajach skandynawskich szczególnie, są podobne instytucje, ale wspierane przez władze samorządowe i rząd – mówił w wywiadzie telewizyjnym poświęconym fenomenowi „Mateusza”.

Prof. Lech Witkowski, filozof, wystosował memoriał w sprawie „rewitalizacji systemowej polityki postpenitencjarnej RP” opierając się na doświadczeniach „Mateusza”. Jego zdaniem, państwu powinno zależeć, by klony „Matusza” powstawały w wielu miastach. – Chodzi o to, by polska polityka społeczna w tej kwestii dogoniła Dąbrowskiego – podsumowuje.

No, z tym może być problem. Waldek Dąbrowski przed laty, nim dopadł go alkohol, był znanym hokeistą. Szybkim jak błyskawica.