Ostatni kurs taxi nr 2

Odszedł Henryk Janicki, najstarszy i najsłynniejszy toruński taksówkarz, znany z tego, że kłaniając się wsiadającym klientom, mówił: „Witam moich miłych pracodawców!”

Przez blisko sześćdziesiąt lat woził torunian. Wielu poznawał, gdy byli jeszcze w brzuchu matki, którą wiózł w te pędy na porodówkę, by potem, po latach, udekorowaną taksówką, tych samych, ale wyrośniętych, wieźć do ślubu. Zawsze uprzejmy, szarmancki. Pozostawił armię pogrążonych w żałobie wiernych klientów, którzy nie mają złudzeń – takich ludzi, jak pan Heniu, na świecie coraz mniej.

Zaczynał na taryfie w 1958 roku.

– Wtedy wiózłbym was sześcioosobową chevroletą z 1937 roku. To był wóz! – rozmarzał się, zaczynając opowieść o ówczesnym systemie pomiaru prędkości. – Gdy pasażer zaczynał poganiać, trzeba było mieć się na baczności. Bo to mógł być gliniarz dla niepoznaki przysłany z Włocławka, taki, jak byśmy to dziś powiedzieli, „żywy radar”. Przekroczę 50 na liczniku, a ten się ujawni. Włoży czapkę i tak dalej… Można było w ten sposób nie tylko mandat solidny zapłacić, ale i koncesję stracić.

Był skarbnicą toruńskich ciekawostek. Ktoś dziś wie choćby, gdzie powstała w mieście pierwsza agencja towarzyska, jak zachowywali się ówcześni królowie nocy szastający napiwkami, gdzie było tak niebezpiecznie, że taksówki autentycznie nie wjeżdżały? Kto dziś jeszcze umie tak barwnie o tamtym świecie opowiadać?

Albo metoda „kontroli wewnętrznej”, którą wówczas sprawdzano skalibrowanie taksometrów. On znał ją z autopsji.

– Urządzenie musiało wskazywać 10 zł na trasie od prezydium, czyli dzisiejszego Urzędu Marszałkowskiego, do Dworca Toruń Główny – tłumaczył pasażerom pan Heniu. – Wsiadał pracownik wydziału komunikacji i kazał się tam wieźć. Biada temu, którego taksometr wyrzucał inną kwotę.

O każdym fragmencie miasta mógł mówić godzinami, jakby odsłaniał kolejne warstwy historii. Choćby Wrzosy.

– Pamiętam Chełmińską, gdy była brukowana aż do Lisiej – powiadał. – Wtedy tam najlepiej było skończyć kurs, bo dalej element marginesowy mieszkał. Ludzie jeździli tam najczęściej tramwajem. Zawsze mnie dziwiło, że go zlikwidowali…

Racja, dziwne. Teraz dopiero tramwaj ma wrócić w te rejony, choć nie do Lisiej, a na nowe osiedle JAR, którego już nie zdążył poznać. Musiał zrezygnować z pracy w 2009 roku po kolejnym napadzie. A tak się zarzekał, że podejrzanych klientów nie wozi…

– Na lujów mam oko, poznaję ich z daleka i zwyczajnie odmawiam jazdy z nimi – zapewniał. – Zresztą, moje auto wybierają głównie klienci pozytywni, którzy chcą pojechać fiatem, jak za dawnych lat. A gangsterzy wolą rozwalić się w mercedesie.

Jego beżowy fiat 125p z 1988 roku, z numerem 2 na drzwiach, przeszedł do historii. Uwieczniony został, tak jak jego właściciel, w filmie „Taksówkarz” Ryszarda Kruka.

– Udało się go nakręcić w ostatniej chwili – podkreśla reżyser. – Ten ostatni napad sprawił, że pan Henryk zdecydował się oddać najstarszą w mieście licencję. Jego auto jest dziś własnością toruńskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej. Być może stanie się żywym pomnikiem. Przecież to kawał historii Torunia.

Pogrzeb Henryka Janickiego odbył się w dniu szczególnym – w Wielki Piątek. Taksówkarz spoczął na cmentarzu przy ul. Wybickiego, obok swej ukochanej żony, którą stracił w 2001 roku i codziennie odwiedzał jej grób. Pożegnali go między innymi koledzy ze Zrzeszenia Transportu, najstarszej toruńskiej firmy taksówkowej, w której pracował od początku jej istnienia. Pożegnali go słowami.