Otwarte szambo, wokół którego węszą psy i bawią się dzieci. Tak wygląda toruńskie Ohio

Na środku Ohio jest szambo, gdzie mieszkańcy wylewają wiadrami nieczystości. To "raj" dla bezpańskich psów (fot. Łukasz Piecyk)

Tu nie ma kanalizacji. Ścieki spływają wygrzebanymi w ziemi prowizorycznymi rynsztokami, a odchody i nieczystości wynosi się wiadrami do wspólnego szamba. Przy nim czatują na smakołyki lokalne psy. A dzieci bawią się wokół tej śmierdzącej czeluści na środku głównego placu Ohio…

Dębowa Góra to dzielnica szczególna. Jak żadna owiana legendami. Choćby o latających nożach, o taksówkarzach żegnających się przed wjazdem po zmroku, o bezdyskusyjnym wpierdalu za samo spojrzenie w oczy miejscowym. Każdy w Toruniu coś o Dębówie słyszał. Ale wszyscy jakby chcieli o niej zapomnieć.

Kiedyś osiedlano tu budowniczych toruńskiej twierdzy, potem, w latach dwudziestych XX wieku, powstała tu najbardziej robotnicza z robotniczych dzielnic Torunia. Piętno biedy, wręcz nędzy, pozostało do dziś.

– Co ma się zmieniać? – dziwi się pytaniu mężczyzna stojący z kumplami pod sklepem na skraju dzielni. – Od urodzenia tu mieszkam, a mam już lat ponad sześćdziesiąt. Takich pytań mi tu nie zadawaj…

Koledzy rechoczą z pytania o kanalizację, symbol cywilizacji. Kanalizacja została półtora roku temu położona w ulicy Batorego, czyli centralnej arterii pokrytej nadal połamanymi płytami betonowymi, ale kto by tam się do niej podłączał… Jak wyjaśnia szef toruńskich wodociągów, prezes Władysław Majewski, zaledwie 71 posesji na całej szeroko pojętej Dębowej Górze, podłączyło się do kanalizacji położonej pod ulicami Pod Dębową Górą i Batorego.

– Ci sprywatyzowani, na wschód od Batorego, średnio się garną do podłączeń, bo drogo wychodzi – snuje wątek jeden z mężczyzn. – A po zachodniej stronie ulicy jesteśmy tylko my: sektor Batorego, Ohio, inaczej Biskupin, a tu wszystko komunalne. My tu jesteśmy na zatracenie…

Jednak w miejskich statystykach rura kanalizacyjna pod Batorego robi wrażenie. Po jej położeniu „99 procent budynków w Toruniu ma kanalizację” – głosi oficjalna wersja. Skoro tak – to tutaj, po zachodniej stronie Batorego, mamy ten jeden brakujący procent. W zespole poprzerabianych baraków armia ludzi nadal żyje bez kanalizacji.

Pora na wycieczkę. Miejscowi instruują, co warto zwiedzić. Ich sektor nie jest taki duży, nie zgubimy się.

Plac centralny. Tak go tu nazywają. Miejsce, gdzie przed laty zbudowano wielkie szambo. Lokalizacja udana, bo ścieki mogą doń spływać grawitacyjnie. Wystarczy udrożnić im drogę łopatą. Ktoś pomyślał… Jeden z bardziej odważnych psów próbuje coś wyłowić z mazi zalegającej wlot odkrytego szamba. Dzieci obserwują go uważnie. Trzymają kciuki, by nie „plumknął”.

– Zrobicie tu chodnik? – pyta jeden z malców. Gdy pojmuje, że nie ma do czynienia z urzędnikami miejskimi, godzi się być przewodnikiem. – Chcecie zobaczyć plac zabaw?

Orlik. Tak go tu zwą. Dwie bramki upstrzone strzępami folii. Pośrodku klepisko cuchnące, bo grawitacją gnane z dzielnicy nieczystości nie wszystkie wpływają do szamba i płyną dalej…

– To jest nasz plac zabaw – prezentuje z pewną dumą malec i patrzy prosto w oczy. Trudno jego spojrzenie wytrzymać.

Jedna z mieszkanek, sprzątająca akurat obejście, ujawnia swoje wydatki. Za trzy pokoiki, w tym jeden dobudowany, oczywiście nielegalnie, bo kto pyta o zgodę, ten tylko na zgodę czeka, płaci około 200 złotych czynszu. Ma swoje własne szambo, aż cztery kręgi wkopane, i płaci za jego opróżnianie ok. 100 złotych miesięcznie. Do tego dochodzi energia elektryczna.

– To nigdy nie będzie moje, zawsze miejskie, ale zaryzykowałam, zainwestowałam w szambo i jakoś da się tu żyć – tłumaczy, ale na dłuższe pogawędki nie ma ochoty, bo jeszcze sąsiedzi zaczną gadać, że się wywyższa…

W sektorze dzielnicy Mokre, zwanym ogólnie Dębową Górą, a dokładnie Batorego od numerów sześćdziesiątych do osiemdziesiątych, zwanym fachowo Ohio, mieszka oficjalnie 350 osób. To dane z Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej, który uczciwie przyznaje, że żyć tam może nawet 3 razy tyle osób, a może i więcej.

– Łączne zadłużenie z tytułu niezapłaconych czynszów wynosi tu ok. 300 tysięcy zł – podkreślają w ZGM.

Mieszkańców tam nie ubywa, wszelkie opuszczone lokale błyskawicznie znajdują najemców – miasto ma w tym miejscu lokale socjalne i pomieszczenia zastępcze. Do jednego z nich trafiła rodzina Neunertów z Rubinkowa.

– To był koniec października jak nas tu komornik przerzucił. Mieliśmy zaległości w czynszu około 25 tysięcy. Inni mają większe, a zostali – nie kryje rozżalenia Janusz Neunert, który, po tym co przeszedł, całemu światu chętnie pokazuje fucka.

– Tam mieliśmy 70 metrów, tu 17. Tam 700 złotych czynszu, tu chyba 100 – tłumaczy żona Grażyna, która nadal próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Choć przeżyła tu zimę i widziała wiele – choćby częste zbiorowe rozpijanie wielkiej beki piwa, gdy przecież „starczy, że człowiek kupi sobie pół litra i ma spokój” – nadal nie mieści się jej w głowie, że trzeba wiadrami ścieki odchodów wynosić do szamba na placu. Jeszcze, przyznaje sama, do końca nie wsiąkła. Dociera się z sąsiadami.

Ci zaś, co charakterystyczne, do nowych odnoszą się raczej z życzliwą sympatią.

– Zrzucili ich tu do nas karnie – orzekają mężczyźni pod sklepem. – Biedni ludzie, zabił ich czynsz na Rubinkowie – wylądowali w Ohio. Witamy.

Tematem dnia nie są jednak nowi, tylko ekrany. W dzielni mówi się, że zaczną ich odgradzać od świata w celach sanitarno-estetycznych.

– Ta nowa ulica, przedłużenie Wielkiego Rowu za „Realem”, otworzyła władcom tego miasta oczy! – rechoczą przy Batorego. – Zobaczycie, że stanie tam ekran.

Faktycznie, miejsce jest niezwykłe. Z łuku drogi, na wzniesieniu, odsłania się widok na to toruńskie egzotyczne pueblo. Niektórzy kierowcy hamują raptownie, by robić zdjęcia, co powoduje zagrożenie w ruchu drogowym i może dojść do stłuczki.

Stanie tam rzeczywiście ekran, by przyjezdni nie byli narażeni na ten szokujący widok? Tego nie udało się ostatecznie ustalić. Niektórzy urzędnicy wspominają faktycznie o ekranach, inni o parawanach, a jednocześnie architekt miejski Adam Popielewski zaprzecza, by takie konstrukcje miały się tam pojawić. Przyznaje zarazem, że nie ma na razie żadnych planów dotyczących rozwoju tego rejonu miasta.

– Deweloperzy i inwestorzy akurat tego fragmentu Torunia nie brali dotąd pod uwagę – tłumaczy.

Przed kilkunastu laty pedagog jednej z toruńskich szkół, Anna Spandowska, badała Dębową Górę, a szczególnie sektor Batorego, czyli Ohio, pod względem szans edukacyjnych najmłodszych mieszkańców. We wnioskach zapisała, że najważniejsze są tam: kanalizacja, ulice z chodnikami i plac zabaw. Ciut cywilizacji, by ten rejon zaczął przestawać być gettem. Dziś wiadomo, że nadal nie będzie z tego nic. Co Janusz Neunert na to? Ponownie wystawia środkowy palec.

Fot. Łukasz Piecyk/Adam Zakrzewski