Piotr Nisztor z WPROST: przerwaliśmy proceder nagrywania najważniejszych osób w państwie

- Wszystkie nagrania, które miałem zostały opublikowane przez tygodnik "Wprost" - twierdzi dziennikarz (Fot: archiwum prywatne)

O nagraniach rozmów polityków, granicach dziennikarstwa śledczego, akcji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i wolności słowa, z Piotrem Nisztorem, dziennikarzem śledczym, współautorem tekstów o „aferze taśmowej” opublikowanych w tygodniku „Wprost”, rozmawia Tomasz Więcławski

„Afera taśmowa” wstrząsnęła opinią publiczną. Nakład „Wprost” poszybował w górę, a notowania rządu spadają. Miał pan wątpliwości przed opublikowaniem pierwszego tekstu dotyczącego rozmów polityków w tzw. vip-roomach?

Po przesłuchaniu taśm nie miałem żadnych wątpliwości, że ich upublicznienie leży w interesie społecznym. Treści nagranych rozmów, zarówno ministra Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Markiem Belką, jak i Andrzeja Parafianowicza ze Sławomirem Nowakiem, obnażają bowiem kulisy władzy oraz patologiczne mechanizmy rządzące światem polityki. Polacy powinni wiedzieć, w jaki sposób zapadają decyzje i gdzie są one podejmowane. Poza tym, co podkreślę, dzięki ujawnieniu treści nagrań przez „Wprost”, proceder nielegalnego rejestrowania najważniejszych osób w państwie został przerwany. Zrobiliśmy to my, dziennikarze, a nie służby odpowiedzialne za dbanie o państwowy interes, bo nic na ten temat wcześniej nie wiedziały. Dlatego gdybyśmy nie opublikowali nagrań, wówczas nie wiadomo jeszcze przez ile czasu – miesięcy, czy nawet lat – to legendarne studio nagrań by działało.

Trzy dni po publikacji pierwszego tekstu w redakcji „Wprost” pojawili się przedstawiciele prokuratury i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Co dokładnie stało się w budynku redakcji i jak ocenia pan postawę dziennikarzy z innych mediów, którzy tego dnia pojawili się w redakcji?

Organy ścigania postąpiły w sposób niespotykany w państwie prawa. Naruszyły święte prawo mediów do tajemnicy dziennikarskiej próbując siłą odebrać laptopa Sylwestrowi Latkowskiemu. Takie działania były o tyle niezrozumiałe, że redaktor naczelny zapewniał, że dobrowolnie przekaże nagrania kilka dni później. Nie wspomnę już o profesjonalizmie osób uczestniczących w tej skandalicznej operacji, które nie były przygotowane do skopiowania plików z komputera marki Apple. W tej trudnej chwili solidarność dziennikarska była rzeczą bardzo istotną, jeśli nie najważniejszą. W końcu dziś chodziło o „Wprost”, a nie wiadomo, czy za jakiś czas ABW nie będzie chciało wkroczyć do „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” czy innej redakcji celem „zabezpieczenia materiału dowodowego”. Dzięki zachowaniu kolegów i koleżanek dziennikarzy udało się zablokować stworzenie niebezpiecznego, bezprawnego precedensu organów ścigania, które za wszelką cenę chciały dopiąć swego. Nawet kosztem złamania kluczowej zasady funkcjonującej w demokratycznym kraju – wolności słowa.

Czy poprzez działalność ABW i prokuratury została naruszona wolność słowa w Polsce?

Na pewno była to próba zastraszenia i ataku na wolne media. Gdyby się udało zostałby stworzony niebezpieczny precedens, który pasuje bardziej do takich krajów jak Białoruś czy Kuba.

Które fragmenty z nagrań pochodzących z nielegalnych podsłuchów są pana zdaniem najbardziej bulwersujące?

Trudno mówić tu o konkretnych fragmentach. Nie chciałbym ich oceniać. Wolałbym pozostawić to opinii czytelników. Przede wszystkim jednak bulwersujący jest fakt, że urzędnicy państwowi o ważnych sprawach dla naszego kraju rozmawiają w knajpie, a nie zabezpieczonym przed podsłuchami gabinecie. To ewidentny przykład lekceważenia wszelkich zasad bezpieczeństwa. Bulwersujący jest też używany język oraz sposób podejmowania najważniejszych decyzji. Okazuje się, że często nie chodzi o dobro państwa, ale partykularne interesy konkretnych grup rządzących.

Dziennikarze znają kulisy polityki, sama forma rozmów może dziwić?

Każdy mógł się domyślać, że tak wygląda polityczna kuchnia chociażby po obejrzeniu amerykańskiego serialu „House of cards”.

Odnajduje pan w treści rozmów stwierdzenia, które powinny spowodować kroki ze strony premiera w stosunku do swoich podwładnych?

Na pewno z nagrań wyłania się obraz gigantycznej patologii trawiącej ekipę rządzącą. Nie chciałbym jednak w żaden sposób wypowiadać się na temat tego, co powinien zrobić premier, bo jest on obecnie w bardzo trudnej sytuacji. Pewne jest, że ta sprawa kompletnie skompromitowała i zdyskredytowała służby specjalne odpowiedzialne za ochronę kontrwywiadowczą państwa oraz ochronę najważniejszych osób w państwie.

Czy cała „afera podsłuchowa” zaszkodzi Polsce na arenie międzynarodowej? Jesteśmy w przededniu ważnych rozmów między państwami Unii Europejskiej.

To w takim razie lepiej było tego nie publikować? Tak jak mówiłem, publikacją nagrań przerwaliśmy nielegalny proceder nagrywania najważniejszych osób w państwie. Poza tym, gdyby osoby, które zostały nagrane, nie prowadziły tego typu rozmów, problemu by nie było.

Kilka dni po Bożym Ciele głos mediów, który był w tej sprawie jednorodny, znacząco się podzielił. Czemu tak się stało? Część publicystów wskazuje, że „Wprost” destabilizuje w ten sposób państwo i dba o interes własny, a nie społeczny.

Rolą dziennikarza jest ujawnianie patologii i demaskowanie nieprawidłowości. Nie jest to łatwe zadanie, bo zawsze przy takich działaniach nie uniknie się ataku, absurdalnych pomówień i oskarżeń. Zarzuty o destabilizację państwa są dla mnie niezrozumiałe i skandaliczne. Przecież my nie uderzyliśmy w żaden sposób w Polskę, w nasze państwo jako takie, tylko w grupę rządzącą, która – jak wynika z nagrań – ma wiele na sumieniu. Czy więc wiedząc o takich rzeczach, powinniśmy schować głowę w piasek, wyrzucić nagrania do kosza i udawać, że nic się nie dzieje?!

Nagrania rozmów otrzymał pan osobiście i dostarczył je do redakcji „Wprost” czy też redakcja otrzymywała je z innych źródeł?

To ja zdobyłem nagrania i dostarczyłem je do redakcji „Wprost”.

Ma Pan coś wspólnego z zakładaniem nielegalnych podsłuchów, które posłużyły do nagrania rozmów polityków, które zostały opublikowane we „Wprost”?

Nie miałem nic wspólnego z powstaniem tych nagrań. Sam dowiedziałem się o ich istnieniu, gdy otrzymałem pierwsze pliki.

Czy jest Pan albo redakcja „Wprost” w posiadaniu taśm, które nie zostały jeszcze upublicznione?

W naszym posiadaniu są nagrania sześciu rozmów, których treść została ujawniona na łamach tygodnika. Z kolei na stronie internetowej cały czas umieszczane są pliki dźwiękowe. Ze względu na to, że nagrania trzeba pozbawić wątków prywatnych i obyczajowych, to wszystko trwa.

Zna pan osobę, która nagrywała te rozmowy? Jeżeli nie jest to państwa informator, to wiedza o niej mogłaby pomóc w znalezieniu winnych przestępstwa polegającego na nielegalnym podsłuchiwaniu prywatnych rozmów.

Ochrona informatora jest rzeczą świętą i nie chciałbym wypowiadać się na ten temat. Nie sądzę jednak, aby mój informator był osobą, która bezpośrednio brała udział w procesie nagrywania. Dodam, że nie znam osób, które dokonywały tego procederu.

W jaki sposób cała sytuacja świadczy o polskich służbach specjalnych, które winny zabezpieczać najważniejsze osoby w państwie?

To, bez wątpienia, kompromitacja polskich służb. W jaki sposób mogły bowiem dopuścić do sytuacji, w której przez dwa czy trzy lata najważniejsze osoby w państwie były nagrywane?! Mam tylko nadzieję, że zostaną z tego wyciągnięte prawidłowe wnioski i w przyszłości taka sytuacja się nie powtórzy.

Ma pan, po opublikowaniu treści rozmów, wątpliwości czy było to słuszne? Komu, pana zdaniem, obecna sytuacja może się przysłużyć? Czy wpłynie ona na wyższą jakość polskiego życia publicznego?

Gdybym dziś miał podjąć decyzję o publikacji taśm, nie wahałbym się, aby to zrobić. Bez wątpienia ujawnienie nagrań leżało w interesie społecznym. Nie tylko zastopowało proceder rejestrowania rozmów najważniejszych osób w państwie, ale pokazała patologię i nieprawidłowości.

Jest pan w posiadaniu rozmów, w których uczestniczyli politycy z innych partii niż Platforma Obywatelska?

Może zaskoczę niektórych, ale nie posiadam już żadnych nagrań. Wszystkie nagrania, które miałem zostały opublikowane przez tygodnik „Wprost”.

Potrafi pan wskazać takie sytuacje, w których odpowiedzialność dziennikarska nakazywałaby nie publikować określonych materiałów w interesie społecznym?

Przede wszystkim dotyczy to sfery prywatnej i obyczajowej. Ujawnienie poprzez publikację takich kwestii jest niedopuszczalne. W swojej karierze dziennikarskiej zajmowałem się m.in. sprawą szantażu kompromitującymi taśmami ówczesnego senatora Krzysztofa Piesiewicza. Wówczas wraz z kolegą z Polsat News stanęliśmy przed podobnym dylematem. Dlatego nie zostały ujawnione niektóre materiały zgromadzone podczas naszych dziennikarskich działań. Niestety, jedna z gazet, która zdobyła filmy, które posłużyły do szantażu, zdecydowała się je opublikować na stronie internetowej. Ja bym tego nie zrobił.

Jest pan dziennikarzem śledczym od wielu lat. Taśmy z restauracji „Sowa i Przyjaciele” w jakiś sposób pana zszokowały?

Zszokowało mnie to, że w ogóle takie taśmy istnieją. Byłem zaskoczony, że najważniejsze osoby w państwie przez długi czas dawały się nagrywać, a służby o tym nielegalnym procederze nawet nie wiedziały.

Nie czuje się pan rozgrywany przez jakieś środowisko, które może dostarczać nagrania w celu uzyskania partykularnych interesów? Podejrzewa pan kogoś w tej sprawie?

Jeszcze raz powtórzę: ujawnienie tych taśm leżało w interesie społecznym, bez względu na to jakie były motywy.

Redakcja „Wprost” płaciła za uzyskanie dostępu do treści opublikowanych rozmów?

Ani ja nie płaciłem informatorowi za te nagrania, ani „Wprost” nie zapłaciła mi za ich dostarczenie redakcji. Nie było nawet mowy o żadnych pieniądzach.