Piotr Rozwadowski: Zostawimy tę planetę czystą

Piotr Rozwadowski w trakcie spotkania pokazywał nam zgniatarkę do butelek. (fot. Łukasz Piecyk)

Ustawa o Utrzymaniu Czystości i Porządku w Gminach weszła w życie 1 lipca 2013 roku. O tym, jak przez ostatnie cztery lata wpłynęła na wygląd naszego kraju, rozmawiamy z prezesem MPO w Toruniu Piotrem Rozwadowskim.

Czy tzw. rewolucja śmieciowa była potrzebna?

Nie nazywam tej ustawy „rewolucją śmieciową”. Rewolucja to ofiary, a to była ewolucja. W mojej ocenie była ona bardzo potrzebna. Uporządkowała system gospodarki odpadami, a przede wszystkim władztwo nad nimi przekazała wójtom, burmistrzom, prezydentom. Jeśli zadaniem własnym gminy jest gospodarka odpadami, to niechże ci gospodarze decydują, jak ona ma być prowadzona.

Czy była to ustawa „chciana”?

Na początku był opór i duże niezadowolenie. Wiele firm zdobywało klientów latami. Podpisywano umowy bezpośrednio z mieszkańcami. Również MPO miało kilkadziesiąt tysięcy umów wypracowanych przez lata. Ustawa, która weszła 1 lipca 2013 r., anulowała wszystkie te umowy. To musiało wzbudzić niechęć.

Jak ustawa jest odczuwalna dla MPO? 

Jej wprowadzenie niczego nie zmieniło. Ciągle istnieje MPO i dalej obsługujemy toruński rynek. Poszerzyliśmy go nawet poprzez możliwość startu w nowych przetargach. Początkowo obawialiśmy się dużych koncernów, czy nie będą ekspansyjnie wchodzić na rynki, w sposób nie zawsze uczciwy. Baliśmy się monopolistów, którzy będą dyktować ceny.

Czy to, że samorządy organizują przetargi, to dobrze? 

Bardzo dobrze. Ustawa o gospodarce komunalnej określa, że jest to zadanie własne gminy. Organizują więc sobie odbiór odpadów i zagospodarowanie w taki sposób, żeby mieszkaniec miał jak najkorzystniej.

Zwykle główną kartą atutową wszelkich przetargów jest cena. Czy nie promuje to firm słabszych technologicznie, ale oferujących tańszą usługę w zakresie odbioru odpadów? 

To jest problem samej ustawy o zamówieniach publicznych. My to odczuwamy, ponieważ posiadamy dobry sprzęt, zatrudniamy pracowników na umowę o pracę, mamy fundusz socjalny. Jesteśmy firmą taką, jaką być powinna. Szacunek dla pracownika liczy się przede wszystkim. Jest on dla nas podmiotem, a nie przedmiotem pracy. Nie wszyscy stający do przetargów mogą poszczycić się tym, że wyznają podobne zasady. Toteż musimy borykać się z tym problemem. Ustawa o zamówieniach publicznych dopuszcza inne kryterium niż tylko cenę. Dlatego sądzę, że ci, którzy organizują przetargi, powinni w swoich kryteriach podkreślać również inne parametry. Ale każdy włodarz chciałby mieć usługę jak najtaniej. Bo mieszkaniec może wtedy mniej zapłacić i być zadowolonym.

Jak ta ustawa wpłynęła na ogólny poziom świadomości ekonomicznej w naszym kraju? 

Rok 2013-14 to wśród mieszkańców hurraoptymizm. Chętne składanie deklaracji. Obserwowaliśmy wzrost surowców, które były selektywnie gromadzone. Jednak już rok 2015-16 pokazał, że trudno jest wyegzekwować te deklaracje. Powód jest prosty: konstytucja w Polsce nie przewiduje odpowiedzialności zbiorowej i tu ustawodawca, nakazując selektywne gromadzenie odpadów, nie powiedział, jak to wyegzekwować. Jeśli jest to budynek jednorodzinny – nie ma żadnych problemów. Ale taki wieżowiec to już jest spory problem. Jak wyciągnąć konsekwencje wobec całej zbiorowości? Wydaje się, że w tej materii jedynym rozwiązaniem jest edukacja. Dlatego mamy u siebie Centrum Edukacji Ekologicznej, które rocznie odwiedza ok. 4 tys. dzieci. Uczą się nie tylko, jak segregować, ale widzą też u nas, jak to się odbywa w praktyce.

Czy ustawa działa sprawnie? Czy wymaga ewentualnych ulepszeń? 

Ciągle mamy do czynienia z nowymi regulacjami. Od 1 lipca 2017 r. wchodzi w życie rozporządzenie w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania odpadów. Ujednolicono cały system. Wprowadzono minimum dla każdej gminy, np. w kwestii ilości pojemników i ich kolorów. Zastrzeżono kolory: brązowy – bioodpady, niebieski – papier, żółty – metale i tworzywa, zielony – szkło. Dano pięć lat na dostosowanie się do systemu. Koszty obsługi systemu na pewno będą większe: dla gminy, dla mieszkańców, ale również dla przedsiębiorstw, takich jak MPO. Bez wątpienia jednak przyniesie to lepszy efekt, jeśli chodzi o odbiór surowca.

Czy zmniejszyła się liczba dzikich wysypisk?

One nie zniknęły i myślę, że nieprędko znikną. Jednak to nie mieszkaniec tworzy te miejsca. Nie ma powodu: za darmo ma odebrane odpady. TV, radio, lodówkę odbierzemy nieodpłatnie z jego domu. To po co miałby jeździć i samemu tworzyć dzikie wysypiska? Myślę, że powstają one wskutek działalności nieuczciwych przedsiębiorców. Zamiast zapłacić 5 zł za tonę gruzu, wolą go wywieźć na poligon.

Na świecie jest już ponad 7 mld ludzi. Liczba ta wzrasta w zawrotnym tempie. Kiedy, pańskim zdaniem, zostaniemy zasypani przez śmieci? 

Moim zdaniem to nie nastąpi. Trudno oceniać globalnie, np. kraje azjatyckie, uważam jednak, że w Europie z pewnością sobie poradzimy. Zdecyduje o tym gospodarka o obiegu zamkniętym. Wprowadzony na rynek produkt będzie wracał, będzie przetwarzany. Np. tak jak z butelek plastikowych wytwarzamy dziś polary. Istnieje prosta hierarchia postępowania z odpadami: 1. Ograniczaj wytworzenie odpadu; 2. Spróbuj z tych odpadów wyciągnąć maksymalnie dużo surowców, które można przetwarzać i produkować z nich coś następnego; 3. Jeśli się to nie uda – zlikwiduj termicznie; 4. A jeśli i to się nie uda – dopiero wtedy skieruj na składowisko. Wystarczy zatem wzrost ogólnej świadomości i nie utoniemy pod śmieciami. Zostawimy tę planetę naszym dzieciom i wnukom czystą.