Po Toruniu jeździ magiczna taksówka z kierowcą-iluzjonistą

Przejażdżka z Romualdem Ostaszykiem na długo zapada w pamięć (fot. Łukasz Piecyk)

Ty tasujesz talię. Dostajesz trzy asy. Dobierasz więc dwie karty i… masz karetę. Czujesz się mocny, stawiasz wiele – przekonany, że wygrasz. Ale on zawsze wtedy ma pokera…

Jego życie zapisane jest w kartach. Jest królem kier. Były wokół damy pik, walety karo i jeden joker. W jego taksówce znajdziesz kilka talii kart. Nim się spostrzeżesz, możesz przegrać wszystko. Na pieniądze jednak nie gracie. Romuald Ostaszyk wie, że iluzjonista nie powinien grać w pokera. Zawsze bowiem wygra. A w tym przypadku byłoby to oszustwo.

Nie masz szans, żeby gołym okiem zauważyć, w jaki sposób wystrychnie cię na dudka. Kilka ruchów rękami i wiele słów. Jesteś jak w transie, a po chwili śmiejesz się do rozpuku. Wiele się nie dowiesz, ale jak będziesz drążył, to sposób na kilka sztuczek ci zdradzi. Toruński taksówkarz-iluzjonista zawiezie cię do granic wyobraźni.

– W latach 60-tych uczyłem się dwa lata w szkole iluzji pod Warszawą – zdradza Romuald Ostaszyk, taksówkarz z zawodu, iluzjonista z pasji, jak wyjaśnia w trakcie pierwszej rozmowy. – W końcu matka po mnie przyjechała i wzięła za wszarz do domu. Co tam jednak zobaczyłem i czego się nauczyłem – to moje. Ćwiczę codziennie, żeby nie wyjść z wprawy. Na postoju mam sporo czasu. Gdy ktoś wsiądzie – zaczyna się spektakl.

Siedemdziesięciolatek ma duszę komika. Publiczność wyzwala w nim adrenalinę. Mógłby sam sobie udowadniać, że potrafi wykonać daną sztuczkę, ale co to za frajda?

– Wszystko musi mieć odpowiednią oprawę – zdradza w szczerej rozmowie w jego magicznej taksówce. – W tym nie ma żadnych czarów. Wszystko opiera się na technice. Każdy iluzjonistą być jednak nie może.

Po kilkudziesięciu minutach rozmowy rozpoczyna się spektakl. Romuald prosi o pudełko zapałek. Mówi, żebym wyjął je wszystkie, a potem włożył do środka ile chcę. On nie patrzy. Zamykam pudełko i nim potrząsam. A on mówi, ile zapałek jest w środku. Sprawdzam kilka razy węsząc podstęp. Nigdy się nie myli. Kolega ma na palcu obrączkę. Iluzjonista-taksówkarz prosi, by ją zdjął. Wkłada złoto do pudełka od zapałek. I… wyrzuca za okno.

– W mieszkaniu można zrobić to przy kominku i wrzucić do ognia – uśmiecha się. – Nie ma różnicy czy pudełko ląduje w palenisku czy w Wiśle. Klient zawsze jest w szoku i nie może uwierzyć w moją zuchwałość.

Iluzjonista, przewidując problemy, daje wzburzonemu koledze kłębek wełny. Każe mu go rozwinąć. Po co?! Chwilę to trwa, efekt jest nie do opisania. Po rozwinięciu kłębka ujawnia się ta sama obrączka, która przed chwilą wyleciała za okno. Przywiązana do nitki.

– Spotkałem pana Romualda w Sylwestra – zdradza mieszkaniec jednej z podtoruńskich miejscowości. – Wiózł mnie do domu. Droga trwała półtorej godziny dłużej niż zwykle. Po wyjściu z samochodu nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Taksówkarz zaproponował, że wejdzie też do domu moich rodziców i zademonstruje im kilka trików, żeby mi uwierzyli i nie wzięli za wariata. Ale, że Copperfielda w pokera ograł w Paryżu trudno do dziś mi uwierzyć…

Pytam taksówkarz o tę historię.

– Prawdziwa, ale to stare dzieje – facet z siwym wąsem mówi z charakterystycznym błyskiem w oku. – Byłem we Francji w latach osiemdziesiątych. Pojechałem tam na winobranie. Żona mnie wysłała. Znajomi Polacy zaprowadzili mnie do jednej z knajp, żebym pokazał, co potrafię zrobić z kartami. Na coś do jedzenia musiałem zarobić. Spodobało się właścicielowi i trochę grosza tam przytuliłem. Copperfielda spotkałem przypadkiem, całe moje życie jest jak rosyjska ruletka. Był wujem panny młodej na jednym z wesel, na którym zabawiałem gości. Inni dali się wpuszczać w maliny. Ten tylko siedział i obserwował. Zapytałem więc, czy to policjant, że mi tak na ręce patrzy. Nie znałem go jeszcze wtedy.

Mistrz iluzji zaproponował, żeby zagrali w karty.

– Sporo szmalu ze mną przegrał – śmieje się taksówkarz. – Nie chciałem ich przyjąć, bo co to za honor. W karty nikt ze mną jeszcze nie wygrał. Do kasyna nie chodzę, bo tam krupier jest kimś w rodzaju iluzjonisty. On decyduje, kto wygra.

Gdy laik rozdaje w rozgrywce z mieszkańcem Kaszczorka – szans nie ma żadnych. Widzisz dziesiątkę trefl. Odkładasz ją nad deskę rozdzielczą. Po chwili ją odwracasz i nie wierzysz własnym oczom. Nikt jej nie dotykał, a znajdujesz dziesiątkę kier.

– Ludzie różne rzeczy stawiali, żeby udowodnić mi, że w końcu mnie pokonają lub rozgryzą, jak to robię – szelmowsko uśmiecha się Romuald Ostaszyk. – Jeden facet postawił żonę. Przegrał… Ale mu ją oddałem.

W domu, który wybudował po powrocie z Francji, miał wiele rekwizytów iluzjonistycznych. Kolekcjonował je. Pożar zabrał mu jednak wszystko. Nie chciał, żeby policjanci ustalali, kto to zrobił.

– Musiałbym zabić gnoja – przyznaje z rozbrajającą szczerością. – Ubezpieczony oczywiście nie byłem. Został mi samochód i kilka talii kart. Znów zaczynałem od początku. Byłem jak król kier, ale bez swojego królestwa. Teraz nie mam nawet damy swojego życia. Okazała się pikiem. Ale karty dają mi nadal nadzieję.

Taksówkarz zdradza po wielu minutach rozmowy, iż chciałby gdzieś występować. Mówi, że umiałby sprawić, by pomnik Kopernika ze Starego Miasta zniknął. Trzeba ustawić tylko odpowiednią konstrukcję. A do tego trzeba kasy. Zamożny Romuald Ostaszyk nie jest, chociaż w pokera mógłby wygrać miliony.

Gdy stawia kieliszek na ustawionej pionowo na stole karcie, szczęka mi opada. Czemu się to nie przewraca?

– Wszystko zaklęte jest w palcach – zdradza toruński Wielki Szu. – Ludzie specjalnie każą się wozić, nawet w kółko, bo są jak zahipnotyzowani. Czasem się trafi świr w taksówce. Czasem kurs kończy się strasznie, czasem smutno, jak to w kartach. Wożę ludzi ponad trzydzieści lat. Wiem, kiedy ja mógłbym dać w mordę, a kiedy dostałbym po swojej. Triki karciane generalnie rozładowują jednak atmosferę. Oczywiście, nie raczę swoimi sztuczkami osoby wracającej z pogrzebu.

Z Francji przywiózł wiele interesujących historii.

– Życie to gra, więc połowy z tego nikomu nie powiedziałem – zaznacza. – Gdy Copperfield przegrał w karty, pieniędzy od niego nie wziąłem, ale musiał zdradzić, w jaki sposób znika w czasie jego pokazu Statua Wolności. Iluzjoniści normalnie nie mówią sobie takich rzeczy, tym razem zrobił wyjątek. To co z tym pomnikiem Kopernika? Robimy show?