Polski soft power. Rozmawiamy z prof. Wojciechem Polakiem

Prof. Wojciech Polak wchodzi w skład Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP. (fot. Łukasz Piecyk)

Z końcem czerwca sejm uchylił artykuł ustawy o IPN, który groził karami za przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy. O ustawowych zmianach z nowo wybranym szefem Kolegium IPN, toruńskim historykiem i dawnym działaczem opozycyjnym prof. Wojciechem Polakiem rozmawia Robert Kamiński.

Przegłosowana niedawno nowelizacja ustawy o IPN ciągle wzbudza duże emocje. Na czym polega istota sprawy? 

Należałoby zacząć od tego, po co w ogóle ta ustawa została uchwalona. Otóż coś trzeba było począć z nieustannie pojawiającymi się w zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej prasie, czy w wypowiedziach oficjalnych, określeniami typu: „polskie obozy koncentracyjne”, „polscy naziści”, „polska SS”. To jest sprzeczne z prawdą historyczną, a w dodatku kreuje fałszywy obraz Polski za granicą. 

Skąd się podobne brednie biorą? 

To m.in. efekt naszych zaniedbań w polityce historycznej zarówno w okresie PRL-u, ale także po roku 1989. Zupełnie się tymi kwestiami nie przejmowaliśmy i nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, jak się to szerzy. Używanie określeń typu „polskie obozy śmierci” uważaliśmy za coś incydentalnego. Okazało się, że przekonanie, że Polacy brali w tym udział, jest dość masowe. Na tego rodzaju przekłamaniach zależy oczywiście zwłaszcza Niemcom, którzy od lat stosują politykę „wybielania się” m.in. poprzez zrzucanie swoich olbrzymich win na innych, w tym na Polaków. 

Z punktu widzenia przeciętnego polskiego licealisty opinie szerzące się na Zachodzie to skrajne nieuctwo… 

Ludzie za zachodzie Europy czy w Stanach Zjednoczonych nie znają historii, nie interesują się nią. W ogóle ona ich nie obchodzi. Wielu studentów Sorbony lub prestiżowych uczelni amerykańskich twierdzi, że naziści to byli Polacy. 

I ta ustawa miała być reakcją na ową par excellence zachodnią ignorancję? 

Miała się wzorować na „kłamstwie oświęcimskim”, które figuruje w kodeksach karnych wielu krajów. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że wywoła ona aż tak silną reakcję strony izraelskiej, a także środowisk żydowskich na całym świecie. Nagle okazało się, że wielu ludzi związanych z elitami w Izraelu uważa Polskę za współwinną Holokaustu. Oczywistą dla nich była „wiedza” (jak najbardziej fałszywa), że Polacy na skalę masową prześladowali Żydów. I że ta polska ustawa ma rzekomo na celu blokowanie prawdy. 

Wrzucali nas do tego samego worka co SS? 

Mniej więcej. Okazało się, że ci ludzie nie chcą pamiętać, że Polskie Państwo Podziemne miało specjalny program pomocy Żydom realizowany przez organizację Żegota, i to w czasie, kiedy USA i Wielka Brytania w ogóle nie interesowały się ich losem. Amerykanie i Anglicy nie chcieli nawet słyszeć o przyjmowaniu uchodźców, nie obchodziło ich to, że Żydzi mordowani są na skalę przemysłową. Jednocześnie zarzucają nam, że współpracowaliśmy z Niemcami. Im się wydaje, że skoro to się działo w Polsce, to Polacy automatycznie brali w tym udział. Zapominają, że Polska była wtedy pod okupacją, a państwo polskie i jego struktury zbrojne działały w podziemiu lub na emigracji. 

I zapominają, że w Jad Waszem najwięcej jest drzewek polskich… 

Mówią, że drzewka dotyczą pewnych działań pojedynczych osób. Natomiast Polacy w swojej masie rzekomo zachowywali się karygodnie, współdziałali z Niemcami… Zarzuty te są nieprawdziwe i mocno krzywdzące. Oczywiście nie twierdzę, że nie było jednostkowych przypadków kryminalnych: szmalcownictwa czy karygodnych zachowań wobec Żydów. Ale te właśnie były incydentalne. 

I właśnie te reakcje zmusiły władzę do złagodzenia ustawy? 

Wycofanie się jest oczywiście krokiem w tył i nie uważam, że jest to działanie pozytywne. Ustawa była w gruncie rzeczy symboliczna, bo jej karalność poza granicami Polski byłaby również symboliczna. A jednak mówiła: „Tak nie wolno, to jest przestępstwo”. Z drugiej strony należało uwzględnić fakt, że relacje polsko-żydowskie są bardzo istotne dla naszego największego sojusznika. Stany Zjednoczone chcą, żeby ich sojusznicy układali między sobą przyjazne relacje. To dla Amerykanów kwestia kluczowa: „Skoro Izraelowi ustawa ta się nie podoba, to zróbcie coś, żeby to zmienić”. Nie ulega wątpliwości, że powinniśmy dbać o dobre stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, a także unikać zadrażnień z innymi sojusznikami. 

Czy złagodzenie ustawy zostanie przez Izrael docenione? 

Wydano wspólną deklarację premiera Morawieckiego i Benjamina Netanjahu, która jest dość pozytywna. Z punktu widzenia Polski nie jest ona doskonała, ale przyznanie przez Izrael, że nie wolno Polaków obwiniać za zbrodnie popełniane przez nazistów, że Polacy i Polskie Państwo Podziemne udzielali Żydom pomocy, że nie wolno używać określenia „polskie obozy śmierci” – to takie stwierdzenia na arenie międzynarodowej mają dla Polski konkretną wartość. Uważam to za duży sukces polskiej dyplomacji. 

Powiedział pan, że deklaracja ta sprzyjać będzie edukacji i dalszemu wzrostowi świadomości historycznej. 

Musimy zacząć porządną, zintensyfikowaną politykę historyczną skierowaną na inne kraje. I ona musi być robiona w sposób inteligentny. Można oczywiście napisać parę dobrych książek, przetłumaczyć je na angielski i wydać w renomowanych wydawnictwach. I to też trzeba zrobić, bo tak się dociera do elit. Ale masowego odbiorcy nie zmusimy do przeczytania książki historycznej. On niewiele czyta, a miałby przeczytać książkę o ratowaniu Żydów przez Polaków w czasach okupacji? To mało możliwe. Dlatego trzeba działać w popkulturze. Na przykład dobrze nakręcony film hollywoodzki. Wykładamy kasę, wynajmujemy światowej klasy scenarzystę i reżysera. Zatrudniamy aktorów z najwyższej półki. 

A ta kasa to skąd? 

Od państwa. Niestety od czasu do czasu trzeba wyłożyć na takie rzeczy. I kręcimy film z prawdziwym hollywoodzkim rozmachem. To jest metoda. Taki film, oddziałując w zakresie popkultury, zrobi dużo więcej dobrego niż wiele cegieł historycznych. A że to będzie kosztować… Ranga kraju na arenie międzynarodowej zależy od wielu czynników. Jednym z nich jest właśnie soft power. 

Czyli co? Anthony Hopkins jako Marek Edelman? 

A dlaczego nie? Trochę go tylko trzeba będzie ucharakteryzować. Albo znaleźć innego znakomitego aktora. 

I naprawdę nas Polaków musi obchodzić, co o nas, o naszej historii, myślą, dajmy na to, Holendrzy? 

Powinno. Okazało się, że sprawa ze złagodzeniem ustawy o IPN ma związek z naszym bezpieczeństwem narodowym. Zależy nam na obecności wojsk amerykańskich w Polsce, a Amerykanie będą z nami poważnie rozmawiać, jeśli będziemy mieli unormowane stosunki z ich innymi sojusznikami, m.in. z Izraelem. Oto właśnie polityka… Zawsze jest jakieś drugie, trzecie dno.