Proces lustracyjny prof. Kopcewicza nadal trwa

Po 35 latach profesor Kopcewicz usłyszał od prokuratora IPN-u, że nie powinien z nimi rozmawiać, tylko pisać pisma.

W samym środku siermiężnego PRL-u prof. Kopcewicz wyjeżdża do USA na stypendia. Jednak Ameryką zafascynowany nie jest. Woli Polskę. Taką, jaka wtedy była. „Innej nie miałem” – powie po latach. 

Rok 1981. Kopcewicz zostaje prorektorem w ekipie Dembińskiego. Jest jedynym w tej grupie członkiem PZPR-u. Wybór nie jest przypadkowy.

Dembiński chce go wykorzystać jako pośrednika w negocjacjach. To dlatego zaproponował mu to stanowisko. Zna poglądy profesora, jego zaangażowanie w struktury poziome. Taki człowiek mógł okazać się przydatny. I okazał się.

Ale było w tym coś jeszcze. Detal, który Kopcewicz wychwytuje szybko.

– Stan wojenny przewartościował wszystko – wspomina. – Zaczęła się gra. Jakiekolwiek w niej szanse mieli tylko ci, którzy umieli posługiwać się sztuką pozorów. Dembiński tego nie umiał. To był matematyk, człowiek prostolinijny. Dla niego 2+2 zawsze równało się 4. Nigdy 5. A w stanie wojennym 2+2 zaczęło się równać 5. Czasem nawet 5½.

Kopcewicz staje się nieodzowny. Coraz częściej bierze na siebie rolę pośrednika między władzami a uczelnią.

– Starałem się nie doprowadzić do katastrofy, żeby od razu nie wyrzucili nas za mordę. Zacząłem zabiegać o to, żeby ta ekipa się utrzymała. Walczyłem również trochę szerzej. W ministerstwie. Choć nigdy się tym nie chwaliłem.

20 lat wcześniej, zupełnym przypadkiem, na wczasach w Szklarskiej Porębie Kopcewicz, będąc z żoną na dancingu, poznaje pewne sympatyczne małżeństwo. Z miejsca się zaprzyjaźniają. Pan jest urzędnikiem w ministerstwie rolnictwa. Nazywa się Kazimierz Barcikowski. Ta przypadkowa znajomość okaże się po latach newralgiczna dla kariery toruńskiego uczonego.

Barcikowski w początkach lat 80. to już nie urzędnik niskiego szczebla, ale minister rolnictwa, wicepremier, który z ramienia PZPR-u podpisuje w roku 1980 porozumienia sierpniowe. Kopcewicz cieszy się jego pełnym poparciem.

– Wtedy to było wielkie nazwisko. Znałem się z nim na tyle dobrze, że udało mi się dotrzeć do niego w ministerstwie.

Barcikowski nie mógł przewidzieć, co się wydarzy, ale obiecał pomóc.

– Słuchaj, zobaczymy co będzie – powiedział. – Ale to jest ogólnopolska akcja odwoływania ekip. Zorientuję się.

Kopcewicz nigdy wcześniej nie wykorzystywał tej znajomości. Dopiero jak przyszedł stan wojenny. Kiedy gra zaczęła iść o UMK.

2 sierpnia 1982 przyjeżdża do Torunia wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Jerzy Sablik. Przywozi odwołania dla Dembińskiego i dwóch prorektorów: Bojarskiego i Kalembki. Kopcewicza zostawiają w spokoju.

Wtedy następuje coś, czego władze się nie spodziewają: profesor sam składa rezygnację. Wiceminister Sablik prosi go wówczas, żeby pełnił funkcję p.o. rektora. Do końca sierpnia. Od 1 września muszą wejść nowe władze. W całym kraju.

Wówczas toruńscy uczeni słyszą też ultimatum: „Jeśli nie wybierzecie rektora – przywieziemy go wam z Warszawy. A do tego dobrze by było, żebyście siedzieli cicho. Jeśli będą tu jakieś bunty, jakieś oznaki niezadowolenia ze zmian władz, to zrobimy z was zamiejscowy oddział uniwersytetu w Szczecinie”.

Kopcewicz zwołuje nadzwyczajne posiedzenie senatu UMK. Zostaje wybranych czterech kandydatów na rektora: Ingarden, Borowiecki, Uzarewicz i Jeśmanowicz. Stawiają jednak warunek: zgadzają się kandydować, jeśli również kandydował będzie on.

– Zadzwoniłem wtedy do Sablika – mówi profesor. – Zaproponowałem mu, żeby rektorem został Jeśmanowicz. Był ogólnie lubiany. Przyszedł tu z Wilna. Był już wtedy stary i niedołężny, ale powszechnie akceptowany. Wiedziałem, że nie da rady. Dlatego zaproponowałem, że jako jego prorektor wezmę na siebie gros obowiązków.

Sablik odpowiedział, że się zastanowi. Trzy dni później przyjechał i przywiózł nominację dla Kopcewicza. Warszawa nie zgodziła się na Jeśmanowicza. Profesor został postawiony przed faktem dokonanym. Teraz miał wziąć na siebie ciężar przeprowadzenia swojej Alma Mater przez kataklizm pierwszej połowy lat 80.

Stan wojenny w praktyce oznaczał jedno: internowania. Dla profesora to okres nieprawdopodobnie trudnej przeprawy z Wojewódzkim Komitetem Obrony. Na czele tej instytucji nominalnie stał wojewoda, ale rzeczywistymi jej zwierzchnikami byli szefowie milicji i SB. Uniwersytet chwiał się w posadach. Całkowicie wstrzymano zajęcia. ZOMO zamieszkało w akademikach. Władze uczelni były poddawane najprzeróżniejszym naciskom.

– Być może teraz wydaje się to śmieszne – mówi profesor – ale wtedy takie nie było. Musieliśmy codziennie rozmawiać z każdym, kto tylko miał czerwoną legitymację i przyszedł do rektoratu. Te wizyty nie miały końca. Wypytywano nas o wszystko. Bez przerwy trzeba było coś uzgadniać. A myśmy mieli tylko jedno pragnienie: uruchomić ponownie studia. A to było niemożliwe bez zgody Wojewódzkiego Komitetu Obrony.

Rektor Kopcewicz stale dostaje polecenia, by wyrzucał kolejnych studentów, żeby zwalniał pracowników. Ciągle odpisuje: „Panujemy nad sytuacją”.

I znów niekończące się wizyty, rozmowy, uzgodnienia. Nie istniała wtedy inna możliwość. Obowiązywało osobne prawo – prawo stanu wojennego.

– Było się zobowiązanym do udzielania informacji – wyznaje Kopcewicz. – Na temat tych rzeczy, które swoją osobą się reprezentowało, trzeba było z nimi rozmawiać. I myśmy to robili. Ale czy dziś nie jest podobnie? Czy powiem dziś pracownikowi służb specjalnych, który do mnie zapuka, że nie chce mi się z nim gadać?

Teza była prosta: jeśli udałoby się uspokoić uniwersytet, to wtedy całe województwo będzie cicho. I była to teza prawdziwa. To tu przecież kwitła działalność podziemna. Wywrotowa.

– Chcieli dojść do naszych archiwów – wspomina Kopcewicz. – Ale nie mogli. Tylko ja mogłem wydać im pozwolenie wejścia na teren akademików. Raz przyleciał jakiś esbek. Twierdził, że w DS nr 1 będzie zaraz zebranie. Żeby im pozwolić tam wejść. Mówię, że pojadę z nimi. Biorę ze sobą kogoś na świadka. Nie chcę być z nimi sam. Zawsze brałem świadków. Sprawdzamy na miejscu. „No widzicie panowie, nie ma nikogo w tym pokoju. Żadnych zebrań”. I tak było bez przerwy. Musiałem być ogólnie dostępny przez 24 godziny na dobę.

Po 35 latach profesor Kopcewicz usłyszy od prokuratora IPN-u, że nie powinien z nimi rozmawiać, tylko pisać pisma. Nie miałby teraz problemów.

– Pamiętam, jak pewnego dnia wezwano mnie po raz kolejny do DS-u na Bielanach. Kilka oddziałów ZOMO otoczyło akademik. Byli żądni krwi. Ściskali swoje białe gumowe pały i ziali nienawiścią. Czekali tylko na skinięcie palcem. A ja miałem przyjść, usiąść i pisać pisma? Żeby kilkadziesiąt lat później pan prokurator IPN-u miał dowody?

Pamiętam, jak w młodości w najbardziej kolorowych marzeniach nie śniło mi się, że doczekam wolnej Polski. Ale też nie śniło mi się, że doczekam Polski rządzonej przez zaściankowych dostojników. Dalibóg, niech to się już skończy.