Proste historie

(fot. Łukasz Piecyk)

Czy ktoś z Państwa zna historię Jana Mohna, patrona jednej z ulic na Koniuchach? Pewnie niewielu. Sam poznałem ją przed laty, zdobywając patent żeglarski pod fachowym okiem jego syna Edwarda.

Mohn pewnie nigdy nie spodziewałby się, że ktoś nazwie jego nazwiskiem ulicę, że stanie się bohaterem i że zapłaci najwyższą cenę za to, że po prostu był człowiekiem. Nie był walecznym generałem, artystą wystawianym w światowych galeriach ani naukowcem z nagrodą Nobla. Był palaczem pracującym w komisariacie hitlerowskiej policji na obrzeżach toruńskiej Starówki. Pomagał, jak mógł więzionym tam nauczycielom, księżom, członkom konspiracji: przemycał jedzenie, pocieszał, podobno pomagał też w ucieczkach. W 1943 r. został za to aresztowany i skazany na śmierć, umarł w Dachau tuż przed wyzwoleniem.

Przypomniałem sobie jego historię, gdy w rocznicę stanu wojennego odsłaniano tablicę na budynku komisariatu przy Wałach gen. Sikorskiego, który opalał Mohn. Dobrze się stało, że upamiętnia ona nie tylko ludzi zwożonych tam i przesłuchiwanych w latach PRL-u, ale także Polaków siedzących w tych samych celach w czasie wojny. Tych, którzy przetrwali dzięki palaczowi. Historia naszego miasta to setki historii ludzi, którzy potrafili się zachować porządnie wtedy, gdy było to akurat potrzebne, którzy może nie pchnęli ludzkości do przodu, ale na pewno dali świadectwo, że to pojęcie nie jest puste.

Wspomnijmy Jana Mohna i wszystkich mu podobnych. I obyśmy sami nigdy nie mieli okazji stać się bohaterami. Nawet za cenę naszego nazwiska na tablicy.