Marcin Czyżniewski: Przykra sprawa

(fot. archiwum)

Przed toruńskim sądem toczy się postępowanie przeciwko byłemu rektorowi UMK, prof. Janowi Kopcewiczowi, któremu IPN zarzucił kłamstwo lustracyjne. Chichot historii niesie się w tej sprawie wyjątkowo donośnie.

Profesor Kopcewicz, nie mam co do tego wątpliwości, uratował istnienie uniwersytetu  w fatalnych latach 80-tych i angażował się w pomoc prześladowanym pracownikom i studentom, co wymagało ciągłych kontaktów z niechętnymi uniwersytetowi przedstawicielami władz i Służby Bezpieczeństwa, którzy nie szczędzili mu upokorzeń. Dziś 77-letni profesor, który dawno już cieszy się życiem emeryta i nie pełni żadnych funkcji, musi przed sądem tłumaczyć się z tamtych działań.

Jednak sprawa rektora Kopcewicza ma nie tylko moralny wymiar. Oto okazuje się, że sprawę lustracyjną można wytoczyć na podstawie mało wiarygodnych zeznań szeregowego pracownika SB, złożonych po latach, bez jakichkolwiek śladów na papierze. Co więcej, podczas sądowej konfrontacji ów funkcjonariusz wycofał się z większości swoich rewelacji, przyznając, że zarejestrował rektora Kopcewicza bez jego wiedzy, co okazuje się nie mieć dla prokuratora większego znaczenia. Był zarejestrowany jako TW, to jest kłamcą lustracyjnym, a że o tym fakcie nie wiedział, trudno – ot taka lustracyjna logika.

UMK był od początku pod ścisła opieką władz i służb, nie brakowało w środowisku ludzi, którzy chętnie donosili na swoich kolegów, postaw zasługujących na jednoznacznie negatywną ocenę. Jednak profesor Kopcewicz, wyjdzie z tej sprawy z podniesioną głową. Dużo sił, Panie Rektorze!