Radosław Rzeszotek: Anna Lamers

(fot. Łukasz Piecyk)

Przez ponad dwadzieścia lat pracy reporterskiej miałem okazję przyjrzeć się z bliska wielu tragediom. Widziałem umierające dzieci, krwawe wypadki, ofiary okrutnych zbrodni, zniszczone kataklizmem miasta, żywioły odbierające życia i majątki. O większości z nich najchętniej bym zapomniał, jednak nie wszystko z pamięci da się wymazać niczym gumką myszką.

Pisząc o wszystkich tych dramatach, o najbardziej nierealnym momencie życia, jego końcu, nie dowiedziałem się niczego. Za to mogłem z bliska dotknąć nieszczęścia, jakie spotyka tych, którym śmierć odebrała to, co najcenniejsze. I choć jako ojciec nie potrafię wyrazić bezmiaru rozpaczy, jaki odczuwają rodzice po stracie dziecka, to nie zdołam też nigdy zrozumieć, co znaczy w młodym wieku zostać na świecie bez mamy i taty… Wydawało mi się do niedawna, że to swoisty koniec, rana na całe życie, po której blizna tak naprawdę nigdy się nie zagoi.

Sierotom wszyscy współczują. Każdy się lituje, większość szlocha na pogrzebie, a tuż po nim składa solenne przyrzeczenia, że będzie pomagać, że nie zapomni, że od ust sobie odejmie, by pomóc tym małym, biednym sierotom. Mija miesiąc, potem rok, a z wszystkich przysiąg i obietnic nie zostaje nawet zdrowaśka zadana w konfesjonale. Sieroty są zawsze samotne.

Są jednak osoby, które swoimi czynami przeczą ludzkim zwyczajom niepamięci i wiarołomstwa. O jednej z nich piszemy na 6. stronie. Nazywa się Anna Lamers. To ona w mniej niż kwadrans wywróciła swoje życie do góry nogami, by wyciągnąć rękę do dzieci, których mama osunęła się w kuchni na podłogę i już nigdy z niej nie wstała.

Przeczytajcie o niej. I wykonajcie mały, drobny gest – jakikolwiek. Zanim zapomnicie o kolejnych sierotach.