Reforma nocą, strajk w dzień

W Toruniu zastrajkuje „tylko” 2/3 szkół. (fot. Łukasz Piecyk)

Ustawie sprzeciwiają się rodzice i nauczyciele. Samorządowcy i metodycy nauczania. Nie popiera reformy Rzecznik Praw Dziecka ani Rzecznik Praw Obywatelskich. Wydaje się, że protest jest powszechny. A jednak do strajku szkolnego w Toruniu przyłączy się tylko 46 szkół. 26 innych opowiedziało się za reformą

Związek Nauczycielstwa Polskiego wystąpił z inicjatywą doprowadzenia do ogólnopolskiego referendum sprzeciwiającego się reformie systemu oświaty w kształcie, jaki zaproponował rząd. Ma ono zawierać tylko jedno pytanie: „Czy jest Pani/Pan przeciw reformie edukacji, którą rząd wprowadza od 1 września 2017 roku?”. Celem akcji jest zebranie co najmniej 500 tys. podpisów, które mają przekonać sejm do ogłoszenia referendum. Przeciwnicy reformy mają ciągle nadzieję, że da się ten proces jeszcze zatrzymać. Wyznaczono również termin strajku ogólnopolskiego na 31 marca 2017 r.

– Na naszych oczach ma się dokonać demontaż systemu oświaty – mówi Urszula Polak, prezes ZNP w Toruniu. – Likwidacja gimnazjów oznacza dla tysięcy ludzi utratę pracy. Jest to równoznaczne z zaprzepaszczeniem niemal 20-letniego dorobku szkół i placówek oświatowych, a także ogromnych nakładów poniesionych przez samorządy. Nadszedł czas, aby środowisko nauczycielskie z całą stanowczością przeciwstawiło się destrukcyjnym pomysłom rządu.

O jedności środowiska nie może być jednak mowy. W Toruniu zastrajkuje „tylko” 2/3 szkół.

– Nasza szkoła nie przystąpi do strajku – wyjaśnia Elżbieta Glura, dyrektorka I LO w Toruniu. – Przeprowadzono w tej sprawie referendum i większość nauczycieli naszego liceum nie zgłosiła chęci uczestnictwa. To oczywiście osobisty wybór każdego i należy go uszanować. Osobiście uważam, że nie jest to dobra reforma. Owszem, system należy reformować, ale nie rewolucjonizować. Nakłady, jakie pochłoną zmiany, z całą pewnością można by spożytkować sensowniej. W pierwszym rzędzie na wynagrodzenia dla nauczycieli i pracowników szkoły. Pensje, jakie otrzymują pracownicy obsługi szkoły, są po prostu żenujące.

Nie ulega wątpliwości, że najbardziej ucierpią pracownicy tych gimnazjów, które działają samodzielnie, czyli jednostek, które nie wchodzą w skład zespołów szkół. Dla nich reforma oznacza praktycznie likwidację.

– W najgorszej sytuacji znajdą się nauczyciele przyrody, którzy nauczali dotąd w klasach 4-6 – mówi Roman Kowalkowski, nauczyciel fizyki i chemii w gimnazjum w Turznie w gminie Łysomice. – Wielu znajdzie się na bezrobociu. Mimo że szkoła, w której pracuję, nie opowiedziała się za strajkiem, wielu kolegów uważa, że to zupełnie niepotrzebne mącenie wody. Należałoby skupić się na kwestiach istotnych. Stwierdzenie, że koszty, jakie reforma pochłonie, dałoby się wykorzystać znacznie lepiej, jest oczywiście truizmem.

Dla przeciwników reformy jest jasne, że dokumenty „pisane na kolanie” nie mogą przynieść niczego konstruktywnego. W ten właśnie sposób komentowana jest reforma, której przegłosowanie zajęło jeden dzień. Tymczasem minister edukacji narodowej Anna Zalewska jest odmiennego zdania. Zapewnia, że to bardzo dobra i potrzebna reforma. Twierdzi, że zbadanie konieczności jej wdrożenia kosztowało 350 mln zł. Została również szeroko przedyskutowana i skonsultowana ze środowiskiem.

– Jako nauczyciel i dyrektorka szkoły nie mam poczucia, że cokolwiek zależało ode mnie – przyznaje Elżbieta Glura. – Mimo zapewnień pani minister o szerokich konsultacjach i powszechnej debacie w środowisku panuje raczej poczucie, że odbyło się to wszystko zbyt szybko. Zwłaszcza jak na zagadnienia tak trudne.

Czy ci, którzy 31 marca wyjdą na ulicę, naprawdę wierzą, że ich sprzeciw cokolwiek wniesie? Czy jeśli nawet udałoby się zebrać pół miliona podpisów, sejm podejmie decyzję o referendum?

– Byłam kilka dni temu na spotkaniu z panią minister – mówi Elżbieta Glura. – To nie była dyskusja w duchu wahania, niezdecydowania. Anna Zalewska nie mówi o reformie jak o projekcie, który należy rozważyć. Wyraża się o niej jak o trwającym procesie, który właśnie wchodzi w życie. To jest fakt dokonany. Dlatego myślę, że protesty nic nie zmienią. Ta sprawa jest już przesądzona.

Więc strajk to tylko donkiszoteria?

– Niekoniecznie – podkreśla Urszula Polak. – Nasz protest ma być pokazem jedności środowiska. To wyraz szerszego poglądu, że oświata ma być bezpartyjna. Ma stać ponad podziałami politycznymi, a nie ulegać kaprysom kolejnych rządów. I najważniejsze: prywatnie, jako nauczyciel, chcę mieć poczucie, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby zapobiec rozkładowi szkolnictwa. Że nie stałam bezczynnie. Wierzę, że każdy nauczyciel z prawdziwego zdarzenia myśli podobnie.