Robert Czekański z My Toruń: „Toruń jest miastem, które wymaga zmiany”

Fot. Materiały KWW My Toruń

– Jako radny chcę położyć nacisk na to, by miasto było wygodne dla rodzin, i dla biznesu – mówi Robert Czekański, kandydat My Toruń do rady miasta z okręgu nr 4.

Dlaczego zdecydowałeś się wystartować w wyborach do rady miasta? Czy nie działając w radzie miasta, można wpływać na to, co dzieje się w Toruniu?

– Zdecydowałem się wystartować, ponieważ Toruń jest miastem, które wymaga zmiany. Wymaga wizji. A tego, w moich oczach, i nie tylko przecież moich, dziś brakuje. 16 minionych lat rządów obecnego prezydenta to 16 lat, w czasie których mój zachwyt do miasta stopniowo topniał. Początkowo to to było zwyczajne obserwowanie w czasie wyjazdów, jak wyglądają i jak są zorganizowane inne miasta. Potem bliżej przyjrzałem się temu, co kryje się za fasadą pięknych zabytków, w jaki sposób funkcjonują konsultacje społeczne, jak traktowani są mieszkańcy. Chcę, by to się zmieniło, dlatego podjąłem decyzję o starcie. Wiem, że wspólnie ze świetnymi ludźmi z My Toruń możemy to zmienić. Chcę żyć w wygodnym mieście, o takie walczę dla moich córek.

Czy mocno odstajemy od innych miast w Polsce lub za granicą?

– Odstajemy pod wieloma względami. Jeden z przykładów to chociażby to, w jaki sposób u nas buduje się drogi. Coraz szersze, służące jedynie obsłudze ruchu samochodowego. Ostatni przykład to dopiero co otwarta przebudowana Szosa Chełmińska, czy strasząca wielu planowana budowa trasy staromostowej na przedłużeniu al. Jana Pawła II i zapleczu  targowiska i cmentarza. Kiedy w rozwiniętych krajach coraz częściej odchodzi się od szerokich dróg, ogranicza się ruch samochodowy, stawia się na zielone drogi służące wszystkim – także pieszym, rowerzystom, biegaczom – w Toruniu projektuje się autostrady miejskie służące samochodom i tranzytowi. Kilkadziesiąt lat temu zostało zdefiniowane prawo, które znamy jako prawo Lewisa-Mogridge’a. Omawia ono, w jaki sposób koreluje natężenie ruchu samochodów i poszerzanie dróg w miastach. Wiemy zatem, że poszerzanie dróg nie prowadzi do zmniejszenia ruchu, ponieważ liczba aut korzystających z większej drogi powiększa się w taki sposób, by maksymalnie dostępna przestrzeń została wypełniona. Zatem kiedy w krajach rozwiniętych zdarza się, że estakady zamieniane są w zielone ogrody i parki (tu przykłady to choćby Nowy Jork czy Seul), w Toruniu projektuje się coraz większe drogi. Dzieje się tak ponieważ, jak powiedział na jednej z debat Michał Zaleski, mieszkańcy kupują auta i chcą mieć, gdzie jeździć. Popełniamy błędy, które Zachód już popełnił. To paranoja. To trzeba natychmiast zmienić. Chciałbym byśmy na nasze miasto patrzyli przez pryzmat wszystkich mieszkańców i uczestników ruchu. Miasto to nie tylko samochody, ale i kolej, tramwaje, autobusy, a nawet rowery i przede wszystkim piesi. Kiedy miasto staje się auto-centryczne to automatycznie wyklucza wszystkich pozostałych uczestników i mieszkańców.

Zostańmy więc przy miejskim transporcie. Jak go zorganizować, żeby był przyjazny dla mieszkańców i tani, a tranzyt omijał miasto?

– Mamy unikalną sytuację. Jedynie Łódź, Poznań, Wrocław, Kraków, czy wkrótce także Warszawa dysponują podobną. Mam tu na myśli przebieg autostrady przy granicy miasta. Toruń mógłby korzystać z bezpłatnej autostradowej obwodnicy, na którą kierowany by był ruch tranzytowy. Aby to było możliwe należy porozumieć się z operatorem autostrady oraz GDDKiA – mam wrażenie, że starania takie nie są czynione. To widać, kiedy spojrzymy na dyskusję o tak prozaicznej rzeczy jak zmiana nazwy węzłów autostradowych czy podłączenie Torunia do węzła Toruń Południe, w taki sposób by nie stanowił on kilkunastokilometrowego objazdu. Tranzyt przez miasto nie będzie realizowany, jeśli miasto nie będzie go umożliwiało. A przecież są plany budowy dwóch tranzytowych tras w przebiegu północ-południe – staromostowej i wschodniej. Trzeba to zmienić, drogi te zaplanować inaczej. I My Toruń to właśnie zrobi. Jako radny chcę położyć nacisk na to, by miasto było wygodne dla rodzin, i dla biznesu.

A widzisz miejsce na wykorzystanie kolei w komunikacji miejskiej lub miejsko-podmiejskiej?

– Transport miejski powinien być zorganizowany w oparciu o szkieletowy układ transportu szynowego, uzupełniany liniami zeroemisyjnego transportu autobusowego. Odważyłem się jakiś czas temu powiedzieć o pewnym pomyśle, wizji, jakie mam. Dotyczy on oparcia szkieletu transportowego (w perspektywie 10-15-20 lat) o wykorzystanie biegnących przez Toruń linii kolejowych i zbudowanie czegoś na kształt kolei dojazdowej. Z naszego miasta możemy wyjechać w kilku kierunkach. W kierunku Cierpic trasa do Bydgoszczy (i Piły), w kierunku Ciechocinka trasa do Włocławka (i dalej Kutna) oraz odejście, które łączy Aleksandrów Kujawski z Ciechocinkiem, w kierunku Turzna trasa na Iławę (i Olsztyn), w kierunku Lubicza trasa na Sierpc, w kierunku Ostaszewa linia na Grudziądz, i w końcu w kierunku Barbarki stara linia do Przysieka. Dlaczego nie mamy rozważać budowy w tych relacjach wahadłowych połączeń obsługujących okoliczne miejscowości, z których przecież każdego dnia tysiące osób przyjeżdża rano do Torunia, a po południu wraca do domów? Wymaga to oczywiście rewitalizacji niektórych odcinków, budowy nowych przystanków kolejowych, budowy systemu wspólnego biletu, ale jest to wizja, o której mam odwagę myśleć. Tak zbudowany szkielet uzupełniamy liniami tramwajowymi, których obecny przebieg wspiera jedynie ruch w relacji wschód-zachód, w ogóle zapominając o lewobrzeżu. Na szczęście możemy Podgórz i dzielnice na lewym brzegu połączyć z miastem z wykorzystaniem póki co linii kolejowych, dając sobie czas na inwestycje tramwajowe. W sumie zyskujemy atrakcyjny system szkieletowy, oparty o węzły zintegrowanej komunikacji publicznej, i uzupełniony liniami autobusowymi, które dojadą tam gdzie nie ma szyn. Jeden bilet umożliwia dowolne przesiadki, pozwala dotrzeć w każde miejsce Torunia. Tak zorganizowany transport publiczny daje dodatkowe korzyści w postaci oszczędności czasu poświęcanego na dojazdy, dbamy o środowisko, wydajemy mniej pieniędzy na utrzymanie aut. Uczymy zupełnie innego podejścia do poruszania się po mieście. Tak jak w Berlinie mamy U-Bahn, a w Warszawie WKD, w Trójmieście SKM, Łodzi ŁKA. Można, tylko trzeba chcieć. Mamy ten komfort, że nie musimy budować linii kolejowych do obsługi tego rodzaju transportu. Nie musimy pozyskiwać nowych terenów. Musimy porozumieć się z PKP PLK i gminami ościennymi. Rozmawiać i wspólnie planować. I wraz z koleżankami i kolegami z My Toruń, i całą resztą rady miasta, o takie rozmowy będę zabiegał.

Rozumiem, że w Twojej wizji nie ma miejsca na całkowicie darmową komunikację miejską?

– Ależ jest. Uważam, że każda osoba, która płaci podatki w Toruniu, powinna mieć prawo skorzystać z bezpłatnej komunikacji. To też pewien element możliwego systemu zachęt do tego by z Toruniem wiązać się w sposób pełny, także płacąc tu podatki. Natomiast osoby, które na takie rozliczenia by nie były gotowe, mogłyby korzystać z systemu opłacając bilety.

W jakie formule powinien działać rower miejski? Powinien być prowadzony przez zewnętrzną firmę czy miejską spółkę? Czy powinien być częścią systemu komunikacji miejskiej?

– Brak roweru miejskiego w 2018 r. doskonale obnażył niemoc urzędników i brak przygotowania do tego przetargu. Ile pieniędzy miasto straciło na kolejne, przegrywane, odwołania? Szkoda słów. Trwający wokół tej sprawy spór sądowy też raczej chwały prezydentowi i magistratowi nie przynosi. Rower miejski bez najmniejszych wątpliwości powinien być częścią całego układu, o którym mówimy. To równoprawny środek transportu. Jednak nasze miasto musi dbać nie tylko o to, by on się w Toruniu w końcu znalazł. Równie ważne jest by zadbać o rowery do przewozu dzieci czy rowery cargo. Dopiero wtedy będziemy mieli system rowerowy, który faktycznie w pełni odpowiada na potrzeby mieszkańców. Bardzo ważne jest też, by wspierać rozwój aktywności rowerowej mieszkańców. Dlatego jestem zwolennikiem powstania Ringu Torunia, który Czas Mieszkańców i My Toruń proponują w śladzie nieczynnych dziś torów kolejowych czy zarzuconej koncepcji trasy Waryńskiego. Jeśli doszłoby do realizacji wizji kolei dojazdowej, o której mówiłem wcześniej, ring miałby kilka punktów styku z nią i doskonale uzupełniałby jej ofertę. Mając stacje przy każdej szkole, a tego właśnie chcemy, stacje przy miejscach przesiadkowych integrujemy różne systemy i je uzupełniamy. Z kolei czy to będzie rower utrzymywany przez miasto, czy przez firmę zewnętrzną wydaje mi się problemem drugorzędnym. Każde z tych rozwiązań ma swoje plusy i swoje minusy.

Masz dwie małe córeczki. Od podstaw poznajesz teraz system oświaty. Co jako młody rodzić byś w nim zmienił? Jak Twoim zdaniem można być polepszyć jakość toruńskiej oświaty? Jedni obiecują powstrzymanie zwolnień nauczycieli, inni mniej liczne klasy, kolejni więcej zajęć pozalekcyjnych? A jak Ty to widzisz?

– W tej chwili moje córki póki co doskonale bawią się w żłobku i przedszkolu, do których uczęszczają. Kiedy jednak myślę o szkole dla tej starszej, pojawiają się obawy. Fakt, że głównie wynikają one z tego, jaką ofertę merytoryczną szkoła ma, a to przecież od miasta zależy najmniej (szczególnie w zakresie podstawy programowej). Jednak z bazą lokalową czy wyposażeniem szkół (a to już od miasta zależy) też bywa różnie. Wiemy o problemach Szkoły Podstawowej nr 1, sam do niej w dzieciństwie uczęszczałem. Obawiam się też problemów z finansowaniem toruńskich szkół. Miasto wydaje się nie mieć przemyślanej strategii zarządzania szkołami i systemem edukacji. Dobrze, że pojawiają się nowe placówki, szczególnie tam, gdzie są potrzebne. Gorzej, że nie wykorzystuje się szkoły do tego, by budować nasze miasto na przyszłość. Szkoła nie szkoli przyszłych kadr, które zostaną w mieście. Ostatnio zaproponowałem, by miasto zaangażowało się w wzbogacenie oferty edukacyjnej zajęciami z programowania, umożliwiło dzieciakom, od najmłodszych lat, zdobywanie kompetencji cyfrowych. Nie tylko będziemy kształcić od najmłodszych lat w zakresie, który szybko się dziś rozwija, ale uczymy także logicznego myślenia czy kreatywności. Miasto ma możliwość świadomego kreowania swojej przyszłości, odpowiadać na przyszłe potrzeby już teraz, a nie reagować, najczęściej za słabo, na sytuację, która je zaskoczy. Oczywiście lepiej jest, gdy w klasie jest mniej dzieci. Dzięki temu pedagodzy i nauczyciele mogą każdemu poświęcić więcej uwagi. To można łączyć z ograniczaniem zwolnień. Uważam też, że korzystanie z wiedzy i doświadczenia tych, którzy od lat zajmują się naszymi dziećmi, to najlepsze co byśmy mogli robić. Nie wyrzucajmy nauczycieli na bruk. Możemy za to słono zapłacić. Nie dziś, nie jutro, ale za kilka lat. To, co różni My Toruń od dotychczasowych włodarzy miasta, to właśnie to myślenie o mieście w przód. Wiemy, jakie są problemy dziś, wiemy, jak chcemy je naprawić, ale też wiemy, jak chcemy, by Toruń funkcjonował i wyglądał za dwie, trzy dekady. To właśnie od nas zależy, dziś, czy zaczniemy je takim budować. My Toruń zacznie.

Zawodowo doskonale wiesz, jak ciężko jest z pracą w Toruniu. Od kilku lat pracujesz poza miastem. Jak sprawić, żeby było więcej lepszej pracy w Toruniu i żeby młodzi stąd nie uciekali po ukończeniu szkół średnich lub wyższych?

– Problemem dziś jest to, że w Toruniu jest mało atrakcyjnych dla młodzieży pracodawców. Nie mówię, że toruńskie firmy są złe, bo tak nie jest. Moi znajomi są bardzo zadowoleni, moja żona jest zadowolona. Ale jednak czegoś brakuje. Dziś często myślimy o Toruniu jak o centrum usługowym, outsourcingowym – i to nie jest myślenie pozbawione podstaw. Call center, centrum księgowe to jest rzeczywistość, którą przeplata praca fizyczna realizowana w strefie przemysłowej. Największe firmy są na etapie takiej profesjonalizacji, że poszukują ekspertów szerzej, nie tylko w Toruniu. Dlaczego tak się jednak dzieje? Mamy słabego prezydenta, który nie umiał przez 16 lat rządów zadbać, by nasi absolwentki i absolwenci, uczennice i uczniowie chcieli w mieście zostawać, a dziś nie mając, gdzie się zatrzymać, uciekają do innych ośrodków. Błędne koło. Toruń od lat nie pozyskał żadnego wielkiego i wzbudzającego emocje inwestora. Boryszew należy do lokalnego biznesmena, Neuca to toruńska firma budowana od podstaw, TZMO podobnie, „Płatki” tak samo. Co więcej? Nic. Nie wierzę, że to problem naszego położenia. Bo uważam, że to jest unikalne. Mamy dostęp do autostrady. Półtorej godziny do Łodzi, półtorej do portów w Trójmieście. Dwie godziny do Poznania, dwie do Warszawy. Trzy godziny do Wrocławia. Poznań i Wrocław otwierają nam drogi na zachód Europy. Mamy Wisłę. Mamy w Bydgoszczy port lotniczy. Nie zapominajmy też, że mamy tereny inwestycyjne, które czekają na to, by ktoś się nimi zajął. Co stoi na przeszkodzie, by się rozwijać? Wydaje się, że jedynie podejście władz. Musimy sobie odpowiedzieć, czy odpowiednio się promujemy. Czy trafiamy z ofertą w potrzeby inwestorów. Uważam, że nie. Jeśli prezydent Torunia mówi, że trzeba dbać o inwestorów lokalnych, i jakby od niechcenia dodaje, że o zewnętrznych także, a dalej ogromnie się cieszy z wielkiej inwestycji polegającej na… przeniesieniu siedziby spółki z jednego końca miasta na drugi, to mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. To wszystko wydaje się jakieś takie przaśne. Mamy biznes. Biznes na miarę naszych możliwości – mówiąc trochę złośliwie. Może zatem czas stworzyć nowe możliwości.

Każde z osiedli z Twojego okręgu wyborczego jest inne. I ma inne potrzeby. Jak zaktywizować mieszkańców Rubinkowa? Choć to jedno z największych osiedli, to także jedno z najmniej aktywnych.

– Okręg obejmujący Rubinkowo, Mokre, Jakubskie, Winnicę, Bielawy i Grębocin to niezwykle zróżnicowany obszar Torunia. Kandydując z tego właśnie okręgu, chcąc reprezentować w radzie miasta torunianki i torunian zamieszkujących te osiedla, mam świadomość, jak ten obszar się zmienia, i jak zmieniają się oczekiwania samych mieszkańców. Także jakie miewają problemy. Ale też jakie problemy mogą wystąpić już wkrótce. Problem aktywności mieszkańców to problem dość uniwersalny. W całym mieście jest tak, że mieszkańcy nauczeni zostali nie interesować się, nie działać, nie partycypować. Dlatego całkowicie zgadzam się z tym, co zaproponowaliśmy jako My Toruń i Sylwia Kowalska w programie #100dniKOWALSKIEJ, w którym mówimy o pakiecie demokratycznym dla mieszkańców. Chcę zatem, by jak najszybciej powołane zostały brakujące rady okręgów, by docelowo zostały „uzbrojone” w dodatkowe kompetencje i uprawnienia, z własnymi budżetami włącznie. Mamy świetne przykłady, choćby z Sopotu, jak to może genialnie działać. Chcę, by mieszkańcy włączali się w dyskusję o mieście na panelach obywatelskich. Chcę też by brali udział w zmodyfikowanym programie budżetu obywatelskiego. Jestem przekonany, że gdy zaczniemy faktycznie współrządzić i budować nasze miasto z mieszkańcami ich aktywność zacznie rosnąć, z roku na rok coraz bardziej. Nie da się zbudować aktywnego społeczeństwa obywatelskiego bez rozmowy z samymi zainteresowanymi. Spółdzielcy nie wiedzą, co jest nam potrzebne. Spółdzielcy żyją wizjami sprzed 40-50 lat, które nijak nie przystają do dzisiejszych potrzeb i problemów. Nie można wciąż rządzić za ludzi, mówić im, jak będzie coś urządzone i jak będzie funkcjonowało. Trzeba pytać, angażować, słuchać. I to jest to, co nas różni. Mnie różni. Słuchamy. I chcemy rozmawiać. Wspólnie jesteśmy w stanie osiągnąć więcej. Zawsze. Mieszkanki i mieszkańcy sami najlepiej wiedzą, czego potrzebują, w jaki sposób swoje najbliższe otoczenie chcą zmieniać i kształtować. Zaufajmy im.

Artykuł sponsorowany

Sfinansowano ze środków komitetu wyborczego wyborców My Toruń.