Rzecznik toruńskiej policji: Zdarzyło się, że dziennikarze odwiedzali mnie przy stole wigilijnym

Podinsp. Wioletta Dąbrowska służy w policji od ponad 23 lat (fot. Łukasz Piecyk)

– Zdarzyło się, że dziennikarze odwiedzali mnie przy stole wigilijnym i nie raz słyszałam pytania, nad którymi zachodziłam w głowę, czego autor ode mnie oczekuje – mówi w rozmowie z Łukaszem Piecykiem podinspektor Wioletta Dąbrowska, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Toruniu

Czego strzeże oficer prasowy komendanta?
Szczegółów dotyczących postępowania i mających znaczący wpływ na daną sprawę, a także technik i taktyk, którymi posługuje się policja w wykrywaniu sprawców. Zawsze chcemy być o krok przed nimi. Staram się nie informować o gwałtach, osobach doznających przemocy fizycznej i psychicznej oraz formach okrucieństwa, aby publikacje w mediach nie pogłębiały traumy pokrzywdzonych. Najtrudniejsze są relacje z wypadków, w których giną dzieci i kobiety w ciąży. Niektóre pamiętam do dziś.

Razem z pani pracą zmieniały się media. Kiedyś było lepiej?
Na pewno było trochę inaczej. Dziennikarze dostawali od nas biuletyn z informacjami z całego dnia i wtedy w zależności od potrzeb zgłaszały się redakcje. Teraz komunikaty o zdarzeniach staramy się wysłać jak najszybciej. Często jestem między młotem a kowadłem, bo dziennikarz ma deadline, a policjant, który zna szczegóły, właśnie śpi po nocnej służbie. Gdy zaczynałam tę pracę, byłam pełna podziwu dla koleżanki, która na tym stanowisku pracowała 6 lat, a tu mi samej niedawno minęło 8.

Zdarzyło się, że wyszła od pani jakaś informacja, która nie powinna?
Tak, ale wynikała ona z wprowadzenie mnie w błąd. Sprawa dotyczyła wypadku i wiadomości, czy uczestnik tego zdarzenia żyje. Wszystkie media zgodnie z moją wiedzą poinformowałam o tym, że był to wypadek śmiertelny. Okazało się, że osoba, z którą rozmawiałam, pomyliła wypadki, więc szybko dzwoniłam do wszystkich redakcji, żeby wyprostować tę informację. O jednej dziennikarce zapomniałam i stara wiadomość trafiła na czołówkę gazety. Kosztowało mnie to wiele nerwów…

Dziennikarze także niejednokrotnie panią pewnie zaskoczyli.
Zadzwonił do mnie kiedyś dziennikarz z Lublina i zapytał, czemu policjanci piszą na maszynach do pisania, a na miejscu zdarzenia rozpisują np. protokoły ręcznie. Zdębiałam. Inna dziennikarka o godzinie 7 w sobotę dzwoni do mnie z pytaniem o wypadek z innego powiatu. Już nie zasnęłam, a teoretycznie miałam dzień wolny (śmiech). Kilka lat temu dziennikarze jednej ze stacji telewizyjnych pojawili się u mnie na wigilii.

Puste nakrycie było przygotowane?
Oczywiście (śmiech). Sprawa była jednak poważna. Dzień przed wigilią Bożego Narodzenia pojawiła się informacja, że zaginęło na Wiśle dwóch rybaków. Jedną z tych osób znałam osobiście. Święta spędzałam wtedy u rodziców. Wieczorem dostałam telefon od jednej z redakcji, czy mogą nagrać moją wypowiedź. Sęk w tym, że byłam 40 kilometrów od Torunia. Reporterzy jednak przyjechali, nagrali mnie i przy stole wigilijnym czekaliśmy na informacje o efektach poszukiwań.

Jest czas, żeby kobieta mogła się pomalować przed wejściem na wizję?
Myślenie o tym biorąc pod uwagę wagę spraw, które poruszamy, schodzi na dalszy plan. Bardziej dbam o kwestie formalne – prawidłowe umundurowanie, dyskretna biżuteria czy brak kolorowego lakieru na paznokciach. Po emisji mój wizerunek nie jest już moją własnością, a najważniejsza jest prawdziwa i rzeczowo przekazana informacja. Przyznam, że jednak czasem oglądałam wiadomości z moim udziałem i mam trudności, żeby się rozpoznać w materiale (śmiech).