Sezon na wraki

Niski stan Wisły odkrywa historię (fot. Łukasz Piecyk)

Jacek Kiełpiński

Pojawiają się tylko przy bardzo niskiej wodzie. Poznawać je najlepiej z płaskodennej łodzi, pontonu albo kajaka. Są źródłem legend i naukowych sprzeczek. Budzą emocje. Bo skąd aż pięć wraków tak blisko siebie, akurat tu, koło Bobrownik?

Znawcy największej dzikiej rzeki Europy zgodnie przyznają, że odcinek od Bobrownik, przez Nieszawę, do Ciechocinka to jeden z najciekawszych jej fragmentów. Wyspy: Bógpomóż, Ptasia, Jamajka. Kępy: Zielona, Dzikowska to przyrodnicze raje Dolnej Wisły. Jednak prawdziwą perełką jest wrakowisko. W tym roku budziło szczególne zainteresowanie.

– Cóż się dziwić? W pierwszej dekadzie lipca było na wodowskazie we Włocławku 114 centymetrów. To woda najniższa od 200 lat! – tłumaczy prof. Marek Grześ, hydrolog z UMK, znawca i użytkownik Wisły. – Takiej okazji nie wolno zmarnować. Oczywiście, na wrakach byłem…

Łupami z takich wypraw są zdjęcia. W internecie znaleźć można fotografie z poprzednich wrakowych ekspedycji. Ich uczestnicy wymieniają się komentarzami, porównują stan fragmentów wyposażenia jednostek niszczejących z roku na rok.

Najbardziej znany jest wrak ujawniający się na wprost ruin zamku w Bobrownikach. Zdaniem najstarszych mieszkańców – to pozostałości „Moniuszki”, kanonierki III dywizjonu Flotylli Wiślanej ostrzelanej przez Rosjan w 1920 roku. O tym zdarzeniu tu pamiętają…

Statek ciągnął za sobą trzy łodzie z zaopatrzeniem dla walczącej z bolszewikami Warszawy albo… z materiałami wybuchowymi – są dwie wersje. W połowie sierpnia 1920 roku Rosjanie ogniem artylerii z ruin zamku w Bobrownikach zatopili „Moniuszkę”. Kapitan cywilny zginął na miejscu, a wojskowego bolszewicy zadźgali bagnetami. Przeżyć miała panna Drozdowska, tajemnicza niewiasta, którą (jedna z wielu wersji) uratował talent aktorski – mistrzowsko udawała trupa.

Rosjanie w tym miejscu przygotowywali się do sforsowania Wisły, by okrążyć Warszawę. Ten manewr oskrzydlenia był stosowany przez nich wcześniej w historii kilka razy. I to z powodzeniem. Tym razem ich niezwykle sprawne oddziały rozpoznawcze przedarły się na lewy brzeg.

Nieszawę Rosjanie zajęli od ręki. Zabierali się do Ciechocinka, ale wcześniej doszło do bitwy pod Odolionem. Rosjan nie mogło być wielu, gdyż zarekwirowanych łódek mieli mało. Główne siły III Korpusu Konnego Gaj-Chana, liczące w tym miejscu na prowizoryczny most albo bród, ciągle pozostawały w Bobrownikach. Zwiadowcy starli się z oddziałem żołnierzy polskich wysłanych z Obozu Warownego Toruń – tak się wówczas określało twierdzę. Historycy, analizując bitwę pod Odolionem zauważają, że to jedyny incydent, gdy siły bolszewików przekroczyły Wisłę i ten cały cud nad Wisłą objawił się szczególnie w tym miejscu. Bo gdyby Rosjanie się przedarli i okrążyli stolicę…

Ostatecznie jednak nawet Ciechocinka nie zajęli, Prysnęli do swoich za Wisłę, gdzie ciemiężyli Ziemię Dobrzyńską. Ale to osobna historia.

Wracając do Wisły. Śladem „Moniuszki”, może już wtedy, gdy Rosjanie dopływali łódkami do tonącej kanonierki, ruszył z Nieszawy holownik „Lubecki” ciągnący trzy berlinki z amerykańskim prowiantem dla obrońców Warszawy. Obrońców przed falą komunizmu zalewającą Europę – tak to wówczas postrzegano.

Rosjanie zatopili „Lubeckiego” krótką serią, osiadł na mieliźnie.

Na holowanych berlinkach były głównie konserwy, w tym puszki z mlekiem skondensowanym. Rosjanie bagnetami rozwalali te puszki. I najwyraźniej skondensowane słodkie mleko im wyjątkowo zasmakowało, bo przesadzili. Mówi się, że całe oddziały zapadały na ciężkie rozwolnienie, co miało, oczywiście, wpływ na ich późniejszą sprawność bojową.

Jak widać, podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku sporo się na tym terenie działo.

Większość znawców wiślanej żeglugi stanowczo jednak zaprzecza, by wrakiem wystającym dziś z wody przed zamkiem w Bobrownikach był „Moniuszko”. Są dowody, że po remoncie pływał jeszcze przez lata. Cóż więc to za statek? Jak to w ogóle możliwe, że w tym samym miejscu leży na dnie Wisły inna jednostka?

Ma nią być „Spółdzielnia Wisła” wybudowana w 1886 roku w gdańskiej stoczni Klawittera. Jak ustalił znawca wiślanej żeglugi, Waldemar Danielewicz, na początku lat 20-tych bocznokołowiec inspekcyjny „Gotthilf Hagen” trafił w ręce toruńskiego armatora Ludwika Szymańskiego, prowadzącego Żeglugę Parową na Wiśle. 7 maja 1927 roku armator ogłasza w prasie, że uruchamia linię do Gdańska i oferuje statek „Tryton”, bo tak go nazwał armator, posiadający kajuty, bufet, radio i oświetlenie. Salonowiec mógł zabrać 700 pasażerów! O piątej rano „Tryton” wypływał z Torunia, o dwudziestej dopływał do Gdańska. W 1931 roku Szymański odsprzedaje „Trytona” spółdzielni „Wisła” – stąd późniejsza nazwa statku, który w pierwszych dniach wojny tonie trafiony bombami na kotwicowisku właśnie tu, w Bobrownikach.

Obok, niecały kilometr w górę rzeki, kolejny wrak. Wiele opinii, żadnej pewności. Niektórzy mówią, że to „Fortuna”, tylnokołowiec. Inni „Fortunę”widzą w jeszcze innym miejscu – na skos w dół rzeki, bliżej lewego brzegu.

Ale to nie koniec atrakcji. Blisko prawego brzegu, przy naprawdę niskiej wodzie, ujawniają się pozostałości drewnianego kadłuba długości 35 metrów. Według niektórych to szkuta z XVIII wieku, inni twierdzą, że XIX wieczna berlinka.

Pozostał jeszcze jeden wrak. Najbardziej w okolicy znany, ale też i rozkradany systematycznie przez złomiarzy, bo spoczywając na brzegu porośniętej łachy jest częściej dostępny. To transportowiec „Gniew”, który w 1939 roku załoga miała wysadzić w powietrze.

To, mniej więcej, szkic wrakowiska, które nigdy nie doczekało się naukowego opracowania. Po 85 latach od zatopienia w tym miejscu „Moniuszki” świat naukowy zaczyna się jednak poważnie wrakami interesować.

– Mamy pozwolenie konserwatora zabytków i RZGW na badania sondażowe dwóch wraków, tych położonych najbliżej zamku w Bobrownikach – tłumaczy Sławomir Mularski z Włocławskiego Centrum Nurkowego. – Pracować będziemy z archeologiem, pod jego nadzorem. Nie chodzi o wydobycie wraków, a jedynie ostateczną ich identyfikację. Poczekamy na wyższą wodę i będziemy odsączać piach, jakim kadłuby są zasypane. Szukamy cech charakterystycznych. Proszę się nie obawiać, wraki pozostaną na swoim miejscu.

Całe szczęście. Dla ich miłośników, a tych ciągle przybywa – wystające z wody resztki są jak relikwie.

– To takie żywe muzeum, otwierające swe podwoje bardzo rzadko, dlatego aż takie wrażenie robi na zwiedzających – podsumowuje jeden z kajakarzy, których spotykamy na wrakowisku. Zapewnia, że od lat obserwuje codziennie Wisłę i czeka na ten idealny moment, gdy niska woda odsłania skarby historii, a chylące się po pięknym dniu ku zachodowi słońce daje najlepsze światło do fotografowania. Wtedy wraki mówią ponoć najwięcej.