Spirala ma swój koniec. Recenzja Hesitation Marks zespołu Nine Inch Nails

Autorem okładki jest Russell Mills, który współpracował z Trentem Reznorem w czasach The Downward Spiral

Gdy nagrasz opus magnum, każda kolejna płyta może skazać cię na ośmieszenie. Mimo to Trent Reznor po The Downward Spiral zaryzykował z zupełnie odmiennym albumem The Fragile. Spór o dzieło życia trwa z lekkim wskazaniem na „Spiralę”. I tu moglibyśmy zakończyć opis dyskografii Nine Inch Nails, wyjmując z późniejszych płyt pojedyncze perełki. Co prawda, nie zabraknie tych, którzy chóralnym głosem krzykną, że Reznor skończył się na Kill `Em All, no ale tym razem nadepnął na ucho o wiele większej grupie słuchaczy.

Byłem bardzo spragniony muzycznej muskulatury Reznora. Filmowe duety z Atticusem Rossem przyjemne. Trójkącik dwóch wspomnianych z żoną Trenta pod szyldem „How To Destroy Angels” poza oceną, bo to już inna para kaloszy. „Gdzie jest NIN?” – krzyczeli najwytrwalsi pod budynkiem wytwórni, tańcząc wokół starych płyt. Oliwy do ognia dodała informacja o współpracy z Russellem Millsem, który zajmował się oprawą graficzną NIN za czasów The Downward Spiral.

Intro Hesitation Marks wprowadza cudownie do krainy przesterowanych, przytłumionych i hipnotyzujących dźwięków. Gdy rozpoczyna się jednak Copy of A, czuję się jak uczestnik „Idź na całość”, który w swojej bramce, zamiast wymarzonego samochodu, znajduje kota Zonka. Dalej nie jest lepiej. Z dokładnością do minuty można wskazać, że dostaliśmy nieudane retrospekcje płyt z poprzednich lat doładowane paralitycznymi samplami.

W tym momencie potrzebny jest nowy akapit, bo niczego nieświadomy człowiek trafia na utwór Everything. Pierwszy raz w życiu kilka minut muzyki pozbawiło mnie nadziei, energii i możliwości reakcji. Bez skrupułów można grać to razem z kultowym w internecie wyczynem zespołu Sonseed Jesus Is My Friend. Nikt by nie zauważył różnicy.

Później jest tylko niespójne i eklektyczne nieporozumienie. Jakbym chronologicznie przerzucał czasy od klawiszowego Pretty Hate Machine po plumkanie rodem z Ghosts. Pozytywnie zaskoczył mnie tylko Various Methods of Escape. Jasne, że to reinkarnacja z okolic dwupłytowego albumu The Fragile. Widocznie mój delikatny sentyment dał o sobie znać. Może to podświadomość wyłapała ten tytuł, szukając dla mnie ucieczki.

Nowe dziecko Trenta Reznora to jak kazirodcza orgia rodzeństwa z dobrego domu. Nieudolne krzyżowanie sprawdzonych rozwiązań to broń obosieczna. Spirala przestała się kręcić. The Day The NIN Went Away. Koniec i bomba, a kto słuchał ten trąba.