Spokój receptą na sukces [wywiad z Jackiem Frątczakiem]

- Rola menadżera wychodzi znacznie dalej niż tylko praca w parku maszyn – uważa Jacek Frątczak (fot. Łukasz Piecyk)

O przygotowaniach do sezonu, mentalności w żużlu i sytuacji Chrisa Holdera z menadżerem Get Well Toruń Jackiem Frątczakiem rozmawiał Karol Żebrowski.

Tygodnie przygotowań poza torem, zmiany w składzie, sztabie szkoleniowym oraz na samym owalu Motoareny i w końcu nadchodzi czas weryfikacji tego wszystkiego. Denerwuje się pan?

Nie. Myślę, że na ewentualny stres i nerwy jeszcze przyjdzie czas. Kiedyś bardzo się tym wszystkim „grzałem”, ale moje wnioski z tego okresu były takie, że przynosiło to więcej niekorzyści niż odwrotnie. Wykonaliśmy pracę, jaką sobie założyliśmy i jaka była możliwa, w 100%. Warunki atmosferyczne co prawda wpłynęły na nasze plany sparingowe i prawdziwą modyfikację toru na Motoarenie, bo dotychczas to była tylko drobna kosmetyka, a robienie tego toru w sposób taki, jaki chcę, dopiero przed nami, ale i tak jestem spokojny. Skupiamy się na sobie i nie przejmujemy się różnymi opiniami osób, które wypowiadają się na nasz temat, nie mając pojęcia o pewnych rzeczach. Konsekwentnie działamy według naszej strategii.

Zmiany w podejściu pana i zawodników wynikają z pracy z psychologiem?

Zgadza się. To, jakie mamy nastawienie, o czym myślimy i co się dzieje w naszym życiu poza pracą, ma bardzo duże przełożenie na to, co widzimy potem na torze.

Kiedyś jednak nikt nie mówił o wkładzie psychologów w żużel. Dyscyplina ewoluuje?

Nie do końca. Znam wielu topowych zawodników, którzy od lat współpracują z psychologami lub różnego rodzaju trenerami mentalnymi, jednak dbają o to, aby pozostało to tylko w ich najbliższym kręgu. Dla niektórych taka współpraca jest pewnego rodzaju wstydem, przyznaniem się do słabości. Niesłusznie. Myślę, że nie żużel ewoluuje, ale samo podejście do tego wszystkiego. Sportowcy, nie tylko żużlowcy, mają realne przykłady w postaci wyników, że taka współpraca jest potrzebna. Takim modelem, do którego według mnie powinno się dążyć, jest przykład Kamila Stocha, który wygrywa nie tylko umiejętnościami, ale przede wszystkim spokojem, koncentracją i pozostawianiem emocji pozasportowych z dala od swoich startów. Inna sprawa, że ma bardzo poukładane życie osobiste, co również jest niezwykle ważne.

Z rozmów z naszymi żużlowcami wiem, że bardzo panu zależy, aby w ich życiu również wszystko przebiegało tak, jak należy. Chwalą sobie takie podejście.

Tak? Dobrze to słyszeć. Jeżeli celujemy w najwyższe cele, uważam, że taka wiedza dla menadżera jest niezbędna. Ciężko będzie o optymalną formę u zawodnika, którego sprzęt będzie jak najbardziej w porządku, a jednak myśli w głowie będą skoncentrowane zupełnie na czymś innym niż najbliższa gonitwa. Jeżeli chcemy stworzyć prawdziwą drużynę, musimy sobie ufać, wiedzieć, że w razie kłopotów, nie tylko tych na torze, możemy na siebie liczyć. Oczywiście ja też nie jestem w stanie wszystkiego rozwiązać, ale właśnie dlatego współpracujemy z psychologiem, którego działanie w różnych sytuacjach może być niezbędne i nieocenione.

Wobec tego wszystkiego muszę spytać, co dzieje się z Chrisem Holderem. Nie jest już tajemnicą, że jego nieobecności w Toruniu nie wynikają tylko z kłopotów z wizą…

Z naszego punktu widzenia chodzi tylko o formalności. Wynikają one właśnie z tych rodzinnych problemów Chrisa, ale nasze kompetencje kończą się tylko na tej pierwszej kwestii. Jestem w stałym kontakcie z nim, mam szczegółową wiedzę o sytuacji, ale na pewno nie będę się o niej wypowiadał publicznie, tym bardziej że w grę wchodzi dziecko.

Jest jakakolwiek szansa, że znajdzie się w awizowanym składzie przeciwko Stali?

Oczywiście. Jeżeli ktoś był kiedyś indywidualnym mistrzem świata, to nigdy nie wynika to z przypadku. Nie mam obaw co do jazdy Chrisa, zaś jego problemem mogą być kwestie sprzętowe. Robię wszystko, aby ten problem również rozwiązać. Jeżeli Chris będzie gotowy pod każdym względem do jazdy, to postaram się dostarczyć mu pewny i sprawdzony sprzęt, na którym będzie mógł jak równy z równym walczyć z gorzowskimi zawodnikami.

Przed sezonem słowo „sukces” jest odmieniane we wszystkich przypadkach przez toruńskich kibiców. Dla jednych to będzie wejście do fazy play-off, inni nie wyobrażają sobie końcowego rezultatu bez medalu. Jakie jest pańskie zdanie na ten temat?

Dzięki pracy z psychologiem nauczyłem się skupiania na najbliższych celach. W tym momencie jest to mecz wyjazdowy w Gorzowie. Dla mnie sukcesem będzie zdobycie tam przynajmniej 46 punktów. Wiem, że nie jedziemy tam w roli faworytów, ale wierzę w swój zespół. W najdrobniejszych szczegółach zadbaliśmy o to, na co mamy wpływ. Teraz czas, aby ta praca dała oczekiwane rezultaty na torze. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie.