Stulatka, którą sfotografował Tony Halik

Agata Marońska urodziła się w Lubowidzu w 1917 r. Pięć lat temu postanowiła zamieszkać w Toruniu (fot. Łukasz Piecyk)

 

W trakcie wojny nieopodal jej domu swój zakład fotograficzny miał Mieczysław Sędzimir Antoni Halik, znany dziś jako Tony Halik. Przypadek sprawił, że wtedy jeszcze nikomu nieznany mężczyzna uwiecznił ją na zdjęciu z synem Grzegorzem. Po siedemdziesięciu pięciu latach fotografia wciąż przywołuje wspomnienia.

Agata Marońska urodziła się w Lubowidzu dokładnie sto lat temu. I choć metryka wskazuje 27 września, prawdopodobnie na świat przyszła tydzień wcześniej. Żyła skromnie, dzieląc się wszystkim ze swoim rodzeństwem. Właśnie to najbardziej zapamiętał jej młodszy brat Bogusław, który w życzeniach napisał wiekowej siostrze: „Dziękuję ci za ten kawałek chleba” – za kromkę, którą oddała pięcioletniemu chłopcu, gdy po wojnie głód doskwierał najbardziej.

Półsierotą została, będąc jeszcze nastolatką. Wraz z pięciorgiem rodzeństwa i mamą, po ukończeniu szóstej klasy, pilnie pracowała na gospodarstwie.

– Przed wojną była wielka bieda – wspomina stulatka. – Jak zmarł tata, nie mieliśmy co włożyć do garnka. Było głodno i chłodno. Jedliśmy kartofle, smażyliśmy faladry, odsączone, tłuczone placki ziemniaczane. Były czasy, kiedy jednego śledzia jedliśmy w szóstkę. A często spać chodziliśmy głodni. Mięso jadaliśmy bardzo rzadko. Ciastek i cukierków nie widziałam wcale. Zdarzyło się, że spróbowaliśmy ciemnego cukru. Mleka, śmietany, masła czy jajek nie wolno było nawet powąchać. Zanosiliśmy je do pobliskiej miejscowości wymienić na naftę, nici czy rzeczy potrzebne w domu. Sprzedawaliśmy też jagody, po które rankiem chodziliśmy kilkanaście kilometrów.

W kwietniu 1939 r. Agata, z domu Kaźmierczak, wyszła za mąż za Stanisława Marońskiego. Trzy lata później urodził im się jedyny syn Grzegorz.

– Tradycją w tamtych czasach było fotografowanie nowonarodzonych dzieci – przypomina kobieta. – W czerwcu 1942 r. przyszedł do nas młody Mieczysław Halik i zrobił kilka zdjęć, które w albumie mam po dziś dzień. Pamiętam, że słono za nie zapłaciliśmy. Nikt wtedy nie wiedział, że ten fotograf wkrótce zostanie sławnym podróżnikiem.

Wraz z mężem i synem Agata Marońska zajęła jedno z czterech mieszkań w wielorodzinnym domu. Ich sąsiadkami były siostry, które tam także założyły rodziny. Gdy mieszkało się na wsi, wojna nie przypominała obrazów znanych z okupowanej Warszawy.

– Jeszcze przed 1 września na każdym podwórku w Lubowidzu stało polskie wojsko i, choć widać było na niebie samoloty, nikt w tę wojnę nie wierzył – wspomina stulatka. – Po kilku godzinach żołnierzy już nikt nie widział, a do nas wkroczyli Niemcy. Dwóch z nich zamieszkało w naszym domu. Starszy – Wolfgang – próbował nam pomagać, przynosząc jedzenie czy dając sygnały ostrzegawcze przed przymusowym poborem do kopania rowów. Młodszego pamiętam jako tego, który bardzo gnębił ludzi.

Okrucieństwa wojny pani Agata na szczęście nie widziała. Kiedy niemieccy żołnierze zabierali mieszkańców regionu do obserwowania egzekucji sześciu osób, które sprzeciwiły się okupantom w Zieluniu, wraz z mężem udało jej się schować w lesie.

– Pod koniec wojny chcieliśmy się odwdzięczyć Wolfgangowi za ofiarowane dobro i pomóc mu się u nas skryć przed Rosjanami – dodaje kobieta. – Poszedł jednak z innymi do Zielunia, gdzie ich zatrzymano, a następnie rozstrzelano. I choć wojna to najgorsze, co mogłam przeżyć, dziękuję za uratowane życie.

Po 1945 r. w ramach reformy rolnej Marońscy otrzymali własną ziemię, dzięki której mogli się utrzymać. Myślistwo i złowione ryby pozwoliły im wykarmić najbliższych. Wspólne życie zaś oddali roli.

Po śmierci męża w 1984 r. pani Agata jeszcze przez prawie trzydzieści lat mieszkała w Lubowidzu. W 2012 r. przyjechała do Torunia, gdzie dziś opiekuje się nią wnuczka Joanna wraz z mężem Leszkiem. Tu także swoją historię opowiada ukochanym prawnukom. I choć najbardziej brak jej własnego podwórka, ławki skąpanej w słońcu, śpiewu ptaków i rozmów z sąsiadami, jest szczęśliwa. Tu cieszy oczy kochającą rodziną i dziećmi, z którymi nigdy się nie nudzi.

– Zdrowie mam nie najgorsze, choć czuję się już słaba – podsumowuje naszą rozmowę Agata Marońska, cicho rozpoczynając wyuczoną przed dziewięćdziesięcioma latami balladę „Powrót taty” Adama Mickiewicza. Dwadzieścia jeden czterowersowych strof recytuje z przeszklonymi oczyma, ale bez zawahania.