„System jest totalnie nieprzygotowany”. Sprawdzamy, jak działa pakiet onkologiczny

Pielęgniarka Hanna Chełmińska opiekuje się wieloma osobami chorymi na raka (fot. Adam Zakrzewski)

Pakiet onkologiczny wprowadzony 1 stycznia od początku budził wiele kontrowersji. Po trzech miesiącach jego funkcjonowania lekarze mówią wprost, że jest rozwiązaniem marketingowym i administracyjnym, a nie zdrowotnym.

Rozwiązanie forsowane przez ministerstwo zdrowia miało wprowadzać szybką terapię onkologiczną. Ważnym ogniwem systemu zostali lekarze rodzinni, którzy mają wypełniać tzw. zielone karty. Mogą je wydawać w razie podejrzenia raka. Onkolodzy natomiast mają taką możliwość dopiero po postawieniu, potwierdzonej badaniami, diagnozy. W wielu przypadkach system powoduje, że na rozpoczęcie leczenia czeka się dłużej niż do tej pory.

W specjalnie przygotowanych przez NFZ i Ministerstwo Zdrowia spotach reklamowych pakiet onkologiczny jawi się w różowych barwach. Hasło „Szybsze wykrycie – krótsze leczenie – dłuższe życie” jest bardzo chwytliwe. W dziewięć tygodni mamy zrobić badania, które wykluczą lub potwierdzą diagnozę.

– Zacznijmy od tego, że jakbym do tej pory diagnozował 9 tygodni pacjenta z rakiem płuc, to nie mógłbym spojrzeć sobie w oczy przed lustrem – mówi lek. Piotr Sawrycki, ordynator oddziału chemioterapii nowotworów w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym przy ul. Świętego Józefa w Toruniu. – Nie wiem jak w większych ośrodkach, ale w Toruniu nie mieliśmy kłopotów z szybkością diagnozowania osób, które do nas trafiały.

Obecnie biurokracja związana podejrzeniem nowotworu jest znacznie bardziej skomplikowana niż przed 1 stycznia.

– Ten system jest totalnie nieprzygotowany – mówi lek. Mateusz Kmiecik, onkolog pracujący w Wojewódzkiej Poradni Onkologicznej w Toruniu. – Lepiej było przeznaczyć środki, które poszły na jego promowanie, na zakup sprzętu do wczesnej diagnostyki nowotworów. Żadne rozwiązanie administracyjne nie zmieni dostępności do gastroskopii, kolonoskopii i badania PET. Potrzeba więcej sprzętu, wykwalifikowanej kadry i środków na wczesne wykrywanie i leczenie, a nie przepisów, które są zbyt skomplikowane i często nie oddają sytuacji życiowej i medycznej pacjenta.

Lekarze mówią wprost, że mnogości przypadków, z którymi się spotykają, nie da się zakodować w jednym algorytmie. Doświadczenie specjalistów pozwalało dotychczas na elastyczność i reagowanie w odniesieniu do każdej, nawet bardzo specyficznej, sytuacji. Teraz, żeby pacjent rozliczony został w ramach pakietu nie mogą pozwolić sobie na żadne odstępstwo od ścieżki, którą wskazało ministerstwo zdrowia. W wielu etapach ścieżki absurdalnej.

W przychodniach rodzinnych wiedzą doskonale, że nikt nie przygotował ich do wprowadzenia tego systemu w życie. Szkolenia były, ale niezwykle ogólne i wcale nie dla wszystkich. Ci, którzy nie umieją wypełnić „zielonej karty” kierują pacjenta do specjalisty. Ten jednak nie ma możliwości szybkiego wystawienia dokumentu, bo musi przeprowadzić szczegółowe badania. Na te, trzeba czekać w normalnej kolejce. Potem znów konieczne jest zapisanie się do lekarza. Czas leci. W szpitalu też nie mogą od razu działać, a muszą cofnąć pacjenta do poradni specjalistycznej. Taka jest bowiem procedura.

– Lekarz rodzinny nie ma możliwości wykonania pełnego spektrum badań – mówi lek. Mateusz Kmiecik. – Ma do dyspozycji głowę, stetoskop i kartkę papieru. W jego gabinecie może pojawić się jedynie koncepcja, że może mieć do czynienia z procesem nowotworowym. Pytanie go w „zielonej karcie” o rodzaj nowotworu jest często absurdalne i nijak ma się do możliwości rozpoznania, którymi dysponuje.

Onkolog przyznaje, że trudno to wszystko opisać, nawet w obszernym elaboracie. Trzeba jego zdaniem, parę tygodni popracować w gronie specjalistów, by zrozumieć, jednoznacznie dyskwalifikujące ten system, wady.

I lekarz rodzinny i specjalista muszą rozpocząć swoje działanie od diagnostyki wstępnej. Później, w każdym przypadku, rozpoznanie musi potwierdzić konsylium złożone z 4 specjalistów. Też, zdaniem onkologów, w wielu przypadkach zupełnie niepotrzebne.

– Stworzono system wyłącznie administracyjny – mówi doktor Kmiecik. – Diagnostyka nie wzrośnie i nie zostanie przyspieszona dzięki temu. Musi wzrosnąć liczba poradni, nowoczesnego sprzętu i nakłady. Inaczej jest to tylko zamazywanie obrazu. W naszej poradni nigdy nie było problemów z diagnostyką, tylko z limitami w innych poradniach specjalistycznych. Dostępność do chemioterapii jest taka, jaka była.

Nawrót choroby nowotworowej powoduje, że każdy pacjent musi zostać włączony w nowy system i wtedy zaczynają się biurokratyczne komplikacje z zielonymi kartami.

– Gdybyśmy żyli w świecie idealnym, w którym byłoby wiele pielęgniarek i mnogość sprzętu, to może by to zadziałało – dodaje lek. Piotr Sawrycki. – Elastyczność tego systemu jest bliska zeru. A każdy onkolog potwierdzi, że nasza profesja wymaga jej, jak żadna inna. Jedyna korzyść, którą dostrzegam, to możliwość zrobienia badań ambulatoryjnych poza limitem.

Ordynator przywołuje sytuacje ze swojego doświadczenia, które pokazują niedostosowanie przepisów do realiów.

– Pacjent przychodzi do mnie do szpitala – mówi lek. Sawrycki. – Wiem, że będzie miał radioterapię i chemioterapię. Najpierw musi się jednak zebrać komisja. Nie mogę działać od razu. Niejednokrotnie byłby on leczony szybciej. Do tego lekarze nie mają żadnej pomocy administracyjnej. Zostali zostawieni sami sobie. Niech się martwią, jak obsługiwać system informatyczny. W razie wątpliwości mieli otrzymywać odpowiedzi na e-maile. Z tego co wiem, w większości przypadków one nie przychodziły.

Obwarowaniem systemu jest również to, że lekarz rodzinny musi w 30 przypadkach wystawienia zielonej karty wykazać przynajmniej dwóch pacjentów z nowotworem. W innym razie traci możliwość wystawiania tego dokumentu i kierowany będzie na „doszkalanie”.

– Leczę ludzi, a nie karty – kończy rozmowę lek. Mateusz Kmiecik. – Gdy wiem, że system na coś nie pozwala, a to jest dobre dla pacjenta, to co mam zrobić? Muszę stanąć po jego stronie. Niezależnie czy NFZ zwróci za to pieniądze.