Tomasz Organek: W Toruniu nie ma fermentu

19 grudnia w Lizard Kingu zespół świętował swoje 10. urodziny (fot. archiwum zespołu)

– Łapię się za głowę na myśl o tym, że wszyscy zmierzamy w stronę ślepych zaułków. Remiksujemy do bólu rzeczywistość, ale czy ktoś tego jeszcze chce słuchać? – twierdzi Tomasz Organek, współzałożyciel toruńskiego zespołu SOFA.

Wymień trzy młode zespoły z Torunia, które Ciebie ostatnio zaintrygowały.
Gdyby się chwilę zastanowić, to chyba nie odpowiem na to pytanie. Nie chcę przesadnie krytykować, ale w wielu przypadkach wiem, co się wydarzy w następnych kilku minutach. To miasto ma tradycje muzyczne. Wystarczy wspomnieć o Republice czy Kobranocce. Może zakłopotanie jest efektem tego, że nie ma już czego kontestować i o wiele trudniej coś pokazać?

Na tym polega wartość sztuki?
Też nie do końca. Powiedziałbym raczej, że na chęci poszukiwania własnych środków wyrazu, aby stanąć na dwóch nogach i z podniesioną głową powiedzieć, co siedzi w naszych głowach. Żyjemy przecież w chronicznym zapętleniu. Cytując klasyków, mówimy o latach 90. Do czego doprowadzi ten wielki remiks? Mam wrażenie, że tylko w ślepy zaułek. Nowe brzmienia na pewno powstają, ale jak długo to jeszcze potrwa? Tego ciasta wiecznie nie można mieszać.

Twierdzisz, że Toruń ma tradycje. Można je rozbudzić?
Nie widzę nowych inicjatyw i pomysłów. To miasto się wyludnia. Nikogo już nie zaskakuje, że jeśli chcemy działać artystycznie, tworzyć projekty, to trzeba jechać do Warszawy czy Wrocławia. W ciągu roku nie widzę tu czegoś bardzo nowatorskiego. Zresztą to nie tylko problem Torunia, ale większej liczby mniejszych ośrodków. Wszystko jest bardzo ułożone. Nie ma publiki, nie ma fermentu.

Powiało grozą.
Albo i prawdą. Może to zabrzmi jak zrzędzenie starucha, ale po dekadzie przyglądania się temu, jak to wygląda od środka, pozwolę sobie na refleksję. Mamy do czynienia z zastraszającym trendem wśród ludzi. Chodzi mi przede wszystkim o pozbywanie się potrzeby kontestacji na rzecz pragmatyzmu. To być może i pokłosie postmodernizmu, ale zanika potwierdzanie własnej tożsamości w sztuce. Z drugiej strony w Europie Zachodniej to normalny proces, więc i Polska się zmienia. Może to i dobrze. Gdy wykrystalizuje się spokojna cześć społeczeństwa, być może kontrast zapewni o wiele lepsze podłoże dla niebanalnych umysłów.

Zanim to jednak nastąpi, posłuchamy nowego albumu SOFY? Patrząc na Waszą dyskografię, spodziewam się, że nastąpi to w 2015 roku.
Mówiąc szczerze, nigdy nie planowaliśmy, żeby albumy ukazywały się co trzy lata. To jednak wypadkowa tego, jak pracujemy i bynajmniej nie o lenistwo tu chodzi. Schemat jest prosty. Po wydaniu krążka zaczyna się koncertowa machina promocyjna. Potem chwila odpoczynku i dłubanie przy solowych projektach. W 2014 roku planujemy pracę nad nowym materiałem, a swój finał znajdzie pewnie w 2015 roku.

Ostatni album Hardkor i disko z 2012 roku wydaliście pod szyldem wytwórni EMI. Kiedyś wspominałeś, że duże wytwórnie potrafią namieszać w koncepcji muzyków. Jak było w takim razie w Waszym przypadku?
Album był praktycznie gotowy, więc zaoferowaliśmy im gotowy produkt, który na szczęście kupili. Przytoczone słowa odnoszę jednak do muzyków wykreowanych w programach telewizyjnych. Wyśpiewają kilka coverów, wygrają program, a potem nie mają pomysły, co z tym wszystkim zrobić. Jako zespół zakończyliśmy natomiast współpracę z naszą matczyną wytwórnią (Kayax, przyp. red.), ale wciąż działamy tam w przypadku solowych projektów.

To, czego nie usłyszymy u SOFY, pojawia się właśnie tutaj.
Dokładnie. Po to są odskocznie, aby się wyżyć. Bartosz Staszkiewicz wydał swój jazzowy album. Kasia ma już sporo materiału, który sfinalizuje na jesień 2014 roku. Pod koniec lutego natomiast pojawi się moja rockowa produkcja. Każdy z nas myślał o solowych projektach, ale nie u każdego te pomysły zdążyły przybrać akceptowaną formę. W tym wszystkim najlepsze jest to, że wspieramy się w naszych pobocznych dokonaniach.

Wielokrotnie natomiast powtarzaliście jako zespół, że nuda Wam jest obca i nie chcecie tworzyć nowej płyty, odwołując się do wcześniejszych naleciałości gatunkowych. Tak będzie i tym razem?
Brzmienie jest zagadką i dla nas. Nie mamy potrzeby tworzenia muzyki w oparciu o rodzaj muzyki, który do tej pory robiliśmy. Pomysły na kompozycje na pewno są, ale całość będzie wypadkową tego, co było do tej pory w naszych umysłach i gustach. Mimo że nasze poszczególne płyty sporo się od siebie różniły, były one procesem ewolucji. Trudno więc teraz powiedzieć, co wyjdzie zespołowo, skoro pracujemy obecnie nad projektami solowymi i to one zajmują nam głowy. Na otwarcie umysłów przyjdzie czas.