Tyrmand trafił w swoje miejsce i czas

Życiorys autora „Złego”, bestsellera sprzed sześciu dekad, do dziś pobudza wyobraźnię czytelników. (fot. Łukasz Piecyk)

Czy Leopold Tyrmand byłby dziś hipsterem i głosował na Trumpa? O tym, jak twórca „Złego” wyprzedzał swoje czasy, rozmawiamy z Marcelem Woźniakiem, toruńskim dziennikarzem i autorem książki „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”.

 

Autor „Złego” swoim niekonwencjonalnym stylem życia zupełnie nie pasował do przaśności PRL-u. Myślisz, że Tyrmand odnalazłby się w Polsce 2016 roku?
„Lolek” należał do tego typu ludzi, który poradziłby sobie w każdej sytuacji. Na każdym miejscu, w którym się znalazł, odciskał swoje piętno. Nie można było wobec niego przejść obojętnie. Sam fakt, że po ponad 60 latach od premiery „Złego” wciąż rozmawiamy o jego autorze, mówi wszystko. Myślę, że gdyby Tyrmand zjawił się w Warszawie 2016 roku, robiłby świetnego vloga, byłby modnym publicystą i działaczem społecznym.

 

A może byłby hipsterem?
Kiedyś „Fronda Lux” zrobiła okładkę z tęczą na Placu Zbawiciela, ulubionym miejscu hipsterów, z wkomponowanym zdjęciem Tyrmanda na krokodylu. Hipsterzy istnieli już w jego czasach – byli to ludzie chodzący w marynarach i słuchający jazzu. Tyrmand kochał jazz, on dawał mu wolność. Kiedy w czasie wojny pojechał z fałszywym francuskim paszportem na roboty do III Rzeszy, słuchał jazzowych płyt z niemieckimi żołnierzami – tę anegdotę przytaczał nawet Miles Davis na okładce płyty. Kiedy myślimy o Tyrmandzie, mamy przed oczami kolorowe skarpetki. Ale przecież w czasach „Złego” był przed czterdziestką, był Panem Pisarzem. Co nie przeszkadzało mu ostentacyjnie wozić się wartburgiem po Krakowskim Przedmieściu.

 

Szarobury PRL miał wiele powodów, by nie lubić Tyrmanda.
Konsekwentnie unikał układów z władzą. Partyjni przeszkadzali mu, jak mogli – blokowali jego książki, odmawiali paszportu chorej na raka żonie. W końcu zgodził się wydrukować w tygodniku „Kultura” fragment szkalującej warszawską bohemę powieści „Życie towarzyskie i uczuciowe”. Dopiero po tym mógł uzyskać paszport i wyemigrować.

 

Nic dziwnego, że teraz, gdy patriotyzm jest na fali, autor „Złego” znów jest modny. Można powiedzieć – pisarz wyklęty.
Nie wystarczają nam już celebryci-wydmuszki, szukamy prawdziwego człowieka. „Hype” na Tyrmanda bierze się stąd, że był kolorową postacią, z której można czerpać w nieskończoność. Świetnie wyglądał, rzucał soczystymi cytatami, napisał kultową książkę. Wzorcowy bohater dzisiejszych czasów – oryginalny, cwany, z nikim nie kolaborował, odniósł sukces w Ameryce. Idealny Polak.

 

Ale chyba nie do końca odnalazł się w Stanach. Amerykanów raził konserwatyzmem. Gdyby żył dziś, głosowałby na Trumpa?
Sam o sobie mówił, że chce uratować Amerykę przed nią samą. Był liberałem w europejskim wydaniu – przywiązany do tradycyjnych wartości, najwyżej stawiał wolność jednostki. Ale trafił na czasy hipisowskie, gdy Ameryka zaczęła skręcać w lewo, ze swoją fascynacją komunizmem i rewolucją seksualną. On, warszawski amant-skandalista, zaczął być traktowany jak konserwatywny dziad.

 

Zaczęliśmy od rozważań, czy Tyrmand odnalazłby się w Polsce AD 2016. A gdyby „Zły” ukazał się dziś, też byłby takim sukcesem?
Tyrmand pisał go na metry, bardzo szybko. Gdyby miał kilka miesięcy więcej, byłaby to dużo lepsza powieść. Był jak skoczek, który ma wielki talent, ale mało trenuje. Jednakże trafił w odpowiednie miejsce i czas – wydał „Złego” w momencie odwilży. Książka była czymś, na co wszyscy czekali – ktoś wreszcie pokazał prawdziwą powojenną Polskę. Oddał swoją epokę w najlepszy sposób. Niedawno w jednym z supermarketów sprzedawano nowe wydanie powieści, które zniknęło z półek w kilka dni. 60-letnia książka zeszła na pniu! Czy dziś „Zły” jedzie tylko na fejmie Tyrmanda? Jeśli tak, to on sam by się z tego tylko cieszył.