Ursusie, wróć?

Eksperci przewidują, że po 2020 roku rolnicy będą mogli liczyć na dotacje, ale w innej formie. (fot. Adam Zakrzewski)

Dla przezornych i dalekowzrocznych to czas najwyższy, aby zastanowić się nad przyszłością. Pieniądze z UE już niedługo przestaną do nas napływać. Że wpłynie to na polskie rolnictwo – nie ulega wątpliwości. Pytanie tylko: w jakim stopniu? 

Mówimy o rolnikach z prawdziwego zdarzenia: pragnących rozwijać swoje gospodarstwo i dążących do osiągnięcia zachodnich standardów technologicznych. Tu nikt nie ma wątpliwości, że rolnictwo jest prawdziwym wyzwaniem. Zapanowanie nad dużym gospodarstwem wymaga nie tylko pracowitości, ale i nieprzeciętnych umiejętności organizacyjnych. Rolnicy twierdzą, że bez unijnych dotacji nie daliby rady.

– Przez ostatnie 20 lat polskie rolnictwo przeszło ogromne przeobrażenie – mówi Jacek Czarnecki, wójt gminy Chełmża. – W wielu przypadkach nie są to już gospodarstwa, ale wielkie przedsiębiorstwa. Czasy, kiedy rodzina szła w pole i sama pracowała na swoje utrzymanie, odeszły bezpowrotnie. Poczyniono ogromne inwestycje. Sami do tego dążyliśmy. Teraz sytuacja jest taka, że bez pomocy z zewnątrz rolnicy sobie nie poradzą.

Rolnik musi się borykać z czynnikami często od niego niezależnymi: klęskami żywiołowymi, klasą ziemi, która decyduje o jakości upraw, konkurencyjnością zagraniczną. Dla przykładu od wielu lat w nienajlepszej kondycji znajduje się hodowla zwierząt, zwłaszcza trzody chlewnej. Coraz więcej sprowadza się jej z zagranicy, co skutkuje nieopłacalnością hodowli. Podobnie z bydłem opasowym.

– Wydaje się, że samorządy będą skazane na siebie – dodaje Krzysztof Szala, wójt gminy Dobrcz. – Będziemy zmuszeni opierać się o inne środki: Fundusz Ochrony Gruntów Rolnych, Fundusz Ochrony Środowiska, Fundusze Wspomagania Wsi. Istnieje również możliwość pozyskiwania funduszy z podatku VAT. Inwestycje dalekosiężne już teraz wymagają planowania budżetu. Myślę jednak, że polskie rolnictwo się nie zawali. Już w tej chwili tworzą się nowe przestrzenie inwestycyjne.

Kluczową rolę odgrywa oczywiście rozwój świadomości. W tej kwestii sprowadza się ona do bycia przygotowanym na to, co nastąpi. Wydaje się, że będzie dużo trudniej. Ale czy beznadziejnie?

– Nie wierzę, by było tragicznie – komentuje Jacek Czarnecki. – Oczywiście najgorszym scenariuszem byłoby to, że rolnicy, aby się utrzymać, będą musieli wywindować ceny produktów spożywczych do granic możliwości. Ale nie sądzę, by tak się stało. Jeśli państwo ma być państwem, musi się o rolnictwo zatroszczyć. Nie będzie miało wyjścia, gdyż wszyscy muszą jeść.

Trzeba również zaznaczyć, że kwestia całkowitego obcięcia dopłat nie jest wcale oczywista. Piotr Sawa, kierownik Działu Rozwoju Obszarów Wiejskich w Kujawsko-Pomorskim Ośrodku Doradztwa Rolniczego w Minikowie, uważa, że nikt nie jest w stanie precyzyjnie przewidzieć wypadków:

– Płatności powinny być, ale mogą zostać ograniczone. Nie idzie to w dobrym kierunku, ale nie wieszczyłbym tragedii. Na dzień dzisiejszy ocenia się, że płatności obszarowe powinny się utrzymać. Nie wiadomo na pewno, że nie będzie tych dopłat. Wygląda na to, że zmieni się tylko redystrybucja. Prawdopodobnie dotowane będą te mniejsze gospodarstwa, do 30 hektarów. Ale to proroctwo na dziś. Za kilka miesięcy odpowiedź może być zupełnie inna.

Ograniczenie polityki rolnej należy rozpatrywać w dwóch aspektach: ograniczenia dla rolników i ograniczenia środków na rozwój wsi.

– W przypadku ograniczenia środków na rozwój wsi byłaby to dla nas katastrofa – mówi prof. Wojciech Knieć z Zakładu Socjologii Obszarów Rustykalnych Instytutu Socjologii UMK. – Ucierpiałaby na tym cała infrastruktura wsi, której ciągle daleko do poziomu zachodniej. Z kolei jeśli idzie o ograniczenia dla rolników, to ewentualny brak dotacji spowoduje bankructwo małych gospodarstw, tych do 15 hektarów. Będą je przejmowały wielkie gospodarstwa. Już teraz są one praktycznie niezależne. Pobierają środki unijne, choć wcale nie są do tego zmuszone. Nie sądzę jednak, że aż tak czarny scenariusz będzie miał miejsce. Przeciwnie: wydaje mi się, że przede wszystkim to właśnie te małe gospodarstwa będą mogły w przyszłości liczyć na pomoc Unii.

Jacek Janiszewski, minister rolnictwa w rządzie Jerzego Buzka i pomysłodawca Forum Gospodarczego, ujmuje sprawę optymistycznie.

– Okres do roku 2020 to czas na wyrównanie szans rozwojowych. Od tego momentu staniemy się pełnowartościowymi członkami Unii. Wspólnej polityki rolnej nikt nie zmieni. Nie przewiduję w tym względzie żadnej rewolucji. Nie boję się również o polskiego rolnika. Przeciwnie, w wielu aspektach możemy być z naszego rolnictwa dumni. Jak choćby z produkcji drobiu czy zwierząt futerkowych, w których to branżach zajmujemy czołowe miejsca w Europie. To samo będzie po roku 2020. Jestem o tym przekonany.