Włodek Pawlik: Muzyka jest jak lunatykowanie

Włodek Pawlik gościł w Toruniu w ramach JAZZ Od Nowa Festival (fot. Łukasz Piecyk)

Dialog pomiędzy muzykiem a słuchaczem i chwila, gdy świadomie przyjmujemy tę grę – ktoś kreuje, a ktoś inny odbiera, są piękne. Ta cyrkulacja znaczeń nie ma granic – mówi Włodek Pawlik, polski kompozytor, pianista i laureat nagrody Grammy za album „Night in Calisia”, w rozmowie z Aleksandrą Radzikowską.

Ile jest w Pana twórczości literatury?
Trudno sprawdzić, ale wystarczy przejrzeć moją dyskografię. Połączenie dźwięków z poezją to jej bardzo istotny element. Muzyka do sonetów Szekspira, do wierszy Józefa Czechowicza, wybór poezji Jarosława Iwaszkiewicza…

Mówi Pan o formalnych podziałach, a mnie interesują te nieformalne.
Przyznam się zatem, że czasem bywam poetą. Ostatnio muzykę i słowa napisałem do „Wolności”, suity jazzowo-symfonicznej skomponowanej z okazji obchodów 25. rocznicy wolności właśnie. Sferę moich bezpośrednich emocji często przekładam na język słowa i łączę te dwie dziedziny zakładając, że akurat mam w sobie tę odwagę. Projekt, który jest teraz przede mną, też jest niesamowity. Adam Zagajewski zdecydował się na powierzenie mi swojej poezji. Mam w życiu dużo szczęścia, jeszcze nikomu nie pozwolił na inkorporację muzyki z jego wierszami.

Miłość do słowa pojawiła się wcześniej niż ta do muzyki?
Nie przypominam sobie tego, czy pierwszy był wiersz czy melodia, więc chyba równolegle. W dzieciństwie pisałem muzykę i teksty. Dziś wiem, że dało mi to wiele jako muzykowi, zyskałem dzięki temu pewną odrębność. Może paradoksalnie to, co inne w mojej muzyce, zawarte jest w inspiracjach, które te dźwięki tworzą. Nie wiem, ale mam przeczucie, że trochę tak. Nawet nie do końca czuję się muzykiem jazzowym. Dzisiaj nim jestem, jutro już nie. Tak mi wyszło. Niedługo zagram swój koncert fortepianowy, w którym nie ma promila jazzu.

Pana twórczość jest ścieżką czy opowieścią o tej ścieżce?
Ciekawe pytanie, bo chyba się nad tym nie zastanawiałem… Chyba jedno, drugie i jeszcze trzecie. Słowami trudno to opisać, bo mówimy o procesie twórczym. W połowie oczywiście, reszta to czyste rzemiosło. Samą twórczością nie wypełnię przestrzeni. Natchnienie to dopiero początek, do zrealizowania pomysłu potrzebne są narzędzia. Myśl jest ulotna, podobnie jak improwizacja. Jest i za chwilę jej nie ma…

Więc?
Opowieść jest chyba dobrym słowem. Komunikuję się poprzez muzykę, ale to oczywiście specyficzny rodzaj komunikacji, bo absolutnie abstrakcyjny. I właśnie na tym polega jej siła. Dialog pomiędzy muzykiem a słuchaczem i chwila, gdy świadomie przyjmujemy tę grę – ktoś kreuje, a ktoś inny odbiera, są piękne. Ta cyrkulacja znaczeń nie ma granic. Dźwięki wpływają w danym momencie na naszą wrażliwość po to, żebyśmy przeżywali razem z muzykiem to, co on z siebie generuje. Mówimy o pewnym świecie, którego nie jesteśmy w stanie werbalnie opisać i nadać mu plakietki. Muzyka nie jest konkretna i te opowieści są, z mojej perspektywy, drogą w nieznane.

Tak samo definiuje Pan muzykę, gdy jest jej odbiorcą?
Zawsze mówię, że muzyka to marzenia. Oczekujemy od niej uniesienia się na chwilę w górę, lewitacji i piękne jest to, że te opowieści dla każdego mają inną treść. Cudowny jest ten stan po koncercie, gdy właściwie nie wie się jeszcze, co się stało, a nie chce się wracać do domu. To fenomen i magia muzyki. Ona jest trochę jak lunatykowanie.

Na tym polega uniwersalność muzyki? Grał Pan koncerty na wszystkich kontynentach. Ludzie uśmiechają się i wzruszają w tych samych momentach?
Istnieją między nami różnice kulturowe i mamy inne historie, ale w sferze odczuwania życia w charakterze emocji, pewnych napięć psychicznych, zagrożeń czy dostrzegania piękna, ludzie są podobni. Wszyscy patrzą na słońce, mówią – świeci i uśmiechają się. Sztuka działa w sferze wspólnoty odczuć, tęsknot i wrażliwości na elementy pozawerbalne. To sprawy wykraczające poza realne odbieranie rzeczywistości.

Z drugiej strony – „polskość” ma istotny wpływ na Pana twórczość?
Oczywiście, że tak. Rozmawiamy przecież po polsku, w żadnym języku obcym nie potrafiłbym wyrazić tak dobitnie tego, o czym dyskutujemy. Kształtujemy siebie poprzez dom, rodzinę, zapachy, tradycję, obyczaje… To wszystko działa i pulsuje, wchodzi w człowieka. Nawet jeśli chcielibyśmy to odrzucić, nic z tego nie będzie. Istota wspólnoty jest ważna. Jak widać, można mieszkać w Falenicy albo w Nowym Sączu i mieć wpływ na to, co się dzieje na świecie.

W tamtym roku Pawlik zdobył Grammy Award, to w tym Pawlikowski Oscara…
Idąc tym tropem, jakimś pośmiertnym laurem literackim trzeba odznaczyć Pawlikowską-Jasnorzewską. (śmiech) Nawet żartowaliśmy sobie trochę z tej koincydencji nazwisk w bliskim gronie. Ostatnio doszedłem jednak do wniosku, być może trochę na wyrost, że dużo nas łączy. Nie znamy się prywatnie, ale jesteśmy prawie rówieśnikami, ta sama generacja – jedną nogą byliśmy w komunie, drugą w wolnym świecie. Przez wiele lat nie było nas w Polsce. Jest coś na rzeczy – jego głos w filmie i mój w muzyce okazują się na tyle istotne i uniwersalne, że nasze dzieła dostają najbardziej prestiżowe nagrody na świecie. To nie są jednak nasze osobiste nagrody. To wyróżnienia dla wszystkich Polaków, którzy dokonywali często bardzo dramatycznych wyborów w opresywnych czasach PRL, łącznie z emigracją, i szukali – często za cenę utraty więzi z krajem rodzinnym – uzasadnienia marzeń o wolności.

Pan też jest melancholikiem?
Czasem tak, a czasem jestem facetem, który dziwi się, że ma w sobie energię boksera. Nie jestem jednowymiarowy. Elementy kontemplacji i szukania ciszy mnie intrygują, więc melancholia to chyba dobre słowo. Z drugiej strony, gdy jadę samochodem i słyszę „Happy” Pharrella Williamsa czuję, że to działa na moją fizyczność i feromon szczęścia. On śpiewa „jestem szczęśliwy” , a ja także rozpoznaję w tym prawdę i cieszę się z nim ciałem i duszą!

A ile prawdy jest w stwierdzeniu, że może Pan żyć „głodno, chłodno, ale swobodno”?
To cytat z wypowiedzi rzeźbiarza Alfonsa Karnego, który przyjąłem do serca i jest moim credo życiowym. On był wolnym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie tego, że ktoś może nazywać siebie artystą i myśleć kategoriami: bogato, do syta i jeszcze sprzedawać swoją sztukę na ołtarzu politycznej poprawności, czy też być bezwolnym narzędziem PR-owych sztuczek. Tak zwane „mądrość etapu” oraz czysto oportunistyczne podejście do twórczości i życia zupełnie mnie nie interesują. Z drugiej strony wolność to jednak sfera delikatna, bo od niej blisko jest do anarchii, tak więc istnieje również niebezpieczna, druga strona tego medalu.

Jasną stroną medalu jest zapewne otrzymanie złotego gramofonu. Co, oprócz oczywistych zmian, przyniosła Panu ta statuetka?
Pani już to powiedziała – rozpoznawalność, popularność, a co za tym idzie skokowy wzrost liczby koncertów, sprzedaży płyt i kompozytorskich zamówień. To jest po prostu grammomania! Z istotnych zmian muszę wymienić też to, że kupiłem sobie nowe szelki…