Wolę tor niż kuchnię

Pierwszy rok Ilony Termińskiej jako prezesa KS Get Well Toruń był pełen wzlotów i upadków. (fot. Łukasz Piecyk)

Wyrosła w domu, w którym ojciec żużel kochał nad życie. Chodził na mecze na stadionie przy ul. Broniewskiego, skąd wracał ze zdartym gardłem. Córek na żużel jednak nie zabierał, powtarzał, że to sport nie dla bab… Nic to nie dało. Przeznaczeniem Ilony Termińskiej i tak był żużel.

Jest kobietą drobną i elegancką. Obdarzoną przenikliwym spojrzeniem i pewnością siebie. Do życia publicznego wkroczyła wraz z mężem, wybranym w ubiegłym roku na senatora RP. Gdy Przemysław Termiński złożył senackie ślubowanie, musiał zgodnie z prawem zrzec się funkcji prezesa KS Get Well Toruń. Stery klubu oddał więc najbliższej sobie osobie – żonie.

– Na swój sposób było to wydarzenie, o którym mówiło się w światku żużlowym z lekkim uśmieszkiem. Wiadomo, kobieta w męskim sporcie… – przyznają nieoficjalnie działacze i pracownicy KS Get Well. – Ale szybko okazało się, że nasza pani prezes nie jest tu tylko od parady…

Kibice mieli okazję nie raz zobaczyć ją na trybunach Motoareny. Nigdy nie oszczędzała gardła ani skóry na dłoniach, gdy żużlowcy zasługiwali na oklaski.

– Nie tylko naszym przecież należały się czasem brawa – uważa Ilona Termińska. – W tym sporcie, jak w rzadko którym, liczą się zasady. Ci faceci naprawdę ryzykują w każdym biegu zdrowiem, a może i życiem. Na swój sposób muszą sobie ufać, a zarazem prowadzić twardą, męską rywalizację. My, w Toruniu, gramy fair, każdy nasz kibic o tym wie. Dlatego uważam, że dobre ściganie należy nagradzać brawami.

Dziś, po zakończeniu rozgrywek ligowych, emocje już opadły. Zawodnicy Get Well wywalczyli drugie miejsce, ich kolejnym celem jest złoto. Dlatego w pokojach klubowych trwa wciąż dyskusja o tym, jak przygotować się do kolejnych starć ze speedwayowymi rywalami. Nikogo już nie dziwi, że w trakcie rozmów o przyszłości toruńskiej drużyny słychać kobiecy głos.

– Naprawdę kocham żużel, te emocje, zapach spalin, rywalizację – uśmiecha się Ilona Termińska. – Przecież jestem z Torunia!

Ojciec pani Ilony był zapalonym miłośnikiem żużla. Jednak ani razu nie zabrał jej i jej siostry na stadion. Jak twierdził, to nie jest sport dla bab… Zapewne nie spodziewał się wówczas, że jedna z jego córek stanie na czele legendy polskiego żużla – klubu w Toruniu.

– Stadion daje emocje, których nie zapewni transmisja w telewizji nawet w jakości HD. Sport na żywo to zupełnie inny świat – mówi Ilona Termińska. – Telewidz nie poczuje zapachu spalin, zapachu toru pokrytego granitem, a nawet kurzu, który tylko z pozoru wydaje się nieprzyjemnym doznaniem. To jest część emocji, część adrenaliny i atmosfery stadionu.

Pierwszy rok Ilony Termińskiej jako prezesa KS Get Well Toruń był pełen wzlotów i upadków, łez radości i porażek. Nie tylko na torze. Emocje bowiem nie kończą się wraz z zejściem zawodników ze stadionu.

– Po meczu jestem chyba bardziej zmęczona niż moi sportowcy – śmieje się Ilona Termińska. – Inaczej jest, gdy człowiek sam odpowiada za swoje czyny. Ale kiedy patrzysz na kogoś i musisz wierzyć w jego predyspozycje, po prostu wykańczasz się nerwowo. Krzyczysz, skaczesz, trzymasz kciuki, łapiesz się za głowę… Uff. Wyścigi są pięknym widowiskiem i dla oka, i dla ucha, i dla nosa, ale gdy kończy się mecz, czuję, jakbym sama schodziła z motocykla. I to bez hamulców!

Praca połyka energię w tempie ekspresowym. Dlatego biega. Pokonuje kilometry i stres. Mieszka w podtoruńskiej wsi, dróg tu jest bez liku. Cisza pozwala w skupieniu szukać wyjścia z problemów i znaleźć energię na kolejne działania.

– Pracuję w biznesie, to sfera, która wymaga ciągłych wyzwań – dodaje poważnie Ilona Termińska. – Właśnie uruchamiamy wraz z mężem kolejny biznes. Będziemy produkować pellet.

O powstawaniu ekogranulatu opowiada z równie dużym zaangażowaniem, jak o żużlu. Sama przyznaje, że im więcej ma na głowie, tym lepiej radzi sobie z logistyką. Znajduje też czas na koordynowanie Stowarzyszenia FST Sport Team wspierającego sportowców trenujących tenis.

– Mam szczęście, że moja praca jest też moją pasją, ale nic nie może zastąpić czasu spędzonego z rodziną – mówi Ilona Termińska. – Uwielbiam leżeć z mężem przed telewizorem i oglądać ulubiony serial.

Na pytanie o umiejętności kulinarne, na twarzy pani Ilony pojawia się zabawny grymas. Opowiada historię którejś niedzieli, kiedy zabrała się z siostrą do robienia klusek ziemniaczanych.

– Mąż i dzieci mieli z nas niezły ubaw, gdy zobaczyli miski pełne ziemniaków wokół nas, a potem różnej wielkości wiórki… bo nie wiedziałyśmy, jak je ucierać – śmieje się pani Ilona. – Ale przyznali, że były dobre… tylko różnej wielkości. Nie, ja do kuchni się nie pcham zbyt często. Jeśli już, to otwieram książkę kucharską i postępuję według wskazówek. Ale zdecydowanie bardziej wolę tor niż kuchnię.