Wolontariusze Fundacji „Dr. Clown” pomagają dzieciom zapomnieć o chorobie

Grupa Dr. Clowna dba o to, by choroby ciała nie przenosiły się na ducha (fot. Adam Zakrzewski)

Kolorowy strój, przybory do magicznych sztuczek i uśmiech – tyle wystarczy, by naprawić jeden mały świat. Grupa wolontariuszy z Fundacji „Dr Clown”, takich uśmiechów w swoich kieszeniach skrywa dziesiątki. Wizytują szpitalne sale, domy dziecka, świetlice i szkoły. By, jak mówią, podarować dzieciom słońce.

Terapia śmiechem zyskuje na świecie coraz większą popularność. Gdy w latach 60. Patch Adams wprowadzał w życie swą ideę, nikt nie spodziewał się tego, że odniesie ogromny sukces. Pojawiał się w szarych, szpitalnych salach w przebraniu clowna i rozweselał pacjentów. Szybko okazało się, że leczenie śmiechem przynosi niespodziewane efekty. Od tego czasu powstało wiele organizacji, które zaczęły realizować jego misję.

W 2004 r. za sprawą Macieja Jabłońskiego idea dotarła do Torunia. Podobnie jak Patch Adams wierzył, że należy podnosić jakość życia pacjentów w każdej sytuacji zdrowotnej.

Jestem czarodziejem
– To motto przyświeca również nam – mówi Monika Miszewska, pełnomocnik toruńskiego oddziału fundacji.

– Śmiechem i zabawą chcemy kolorować dzieciom czas i trudną sytuację, w której się znalazły. Często zdarza się, że najmłodsi pacjenci źle znoszą pobyt w szpitalu. Oprócz bólu, który odczuwają po operacjach, towarzyszą im smutek, tęsknota za domem i bliskością rodziny. Swoją obecnością staramy się pomóc im przetrwać ten ciężki czas.

Toruńska ekipa wolontariuszy liczy ok. 20 osób. Na kilka godzin w miesiącu, każdy z nich zmienia imię na takie, które przystoi prawdziwemu clownowi. Stąd najmłodszym pacjentom przedstawiają się jako doktorzy, lecz białe fartuchy zastępują kolorowymi strojami. Dr Mimi, Dr Pysio czy Dr Dodi dobrze wiedzą, jak wyczarować uśmiech.

– Staramy się, by nasze wizyty odbywały się jak najczęściej – dodaje Monika Miszewska. – W miarę możliwości organizujemy się w kilkuosobowe grupy, wtedy możemy odwiedzić większą liczbę pacjentów. Na nasz widok uśmiechają się nie tylko dzieci. Miło przyjmują nas też rodzice i personel szpitala.
Najwięcej szczęścia clowny przynoszą jednak małym pacjentom. Wizyta niespodziewanych w szpitalnej sali gości, to zawsze wielka atrakcja. Dzięki ich pomocy, mali pacjenci stają się czarodziejami.

– Mamo, mamo! Zobacz, prawdziwe clowny! – krzyczy na widok wolontariuszy pięcioletni Filip. – Potrafią czarować!
I gdy przy małej pomocy bardziej doświadczonych kolegów udaje mu się sprawić, by pusta książka zapełniła się obrazkami, żółta chusta zamieniła się na niebieską, a różnej długości sznurki stały się identyczne, z wielka powagą opowiada: Mamo, jestem czarodziejem.

Uśmiech za uśmiech
Takich pacjentów jak Filip clowny odwiedziły już tysiące. Dzieci odpłacają się tym samym, co wolontariusze im oferują. Uśmiechami.

-Radość w oczach dziecka jest wystarczającym powodem do tego, by przez wiele lat udzielać się w fundacji – dodaje Monika Miszewska.
– Wszyscy robimy to z wielką przyjemnością. Chociaż pojedyncze wyjście wiąże się z kilkugodzinnymi zajęciami, zawsze znajdujemy czas dla maluchów.

Nawzajem sobie potrzebni
Zanim na sali zacznie się popularne clownowanie, trzeba się do niego solidnie przygotować. Sztuka kręcenia talerzem na patyku, tylko w telewizji wygląda na łatwą do opanowania. Zamienianie zwykłego balona na ulubione zwierzę pacjenta, czarowanie znikających zapałek i żonglowanie kilkoma piłeczkami też wymagają wprawy. Dlatego każdy z clownów przechodzi specjalny kurs. Kiedy czary są już opanowane, pozostaje tylko charakteryzacja. By wolontariusze wyglądali tak, jak na prawdziwych clownów przystało, przez kilkanaście minut poddają się w szatni różnym metamorfozom. Obowiązkowe są czerwony nosek, cyrkowe stroje i kolorowe kapelusze. Jeszcze tylko drobne upominki schowane do torby, upchnięte w kieszeniach uśmiechy i można wkradać się na sale.

-Clownowanie i czary dają zastrzyk pozytywnej energii nie tylko pacjentom – mówi z uśmiechem Monika Miszewska. – To niesamowite uczucie, gdy doświadcza się wdzięczności ze strony dzieci i ich rodzin. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni.

Nie trzeba wiele, by podarować dzieciom słońce. Byle tylko, proszę waszej dorosłości, znaleźć w sercach trochę ciepła i czułości.