Wspomnienie o Leszku Bohlu

Leszek Bohl był bezkopromisowy w swoim działaniu.

„Świnoujście, wychodzimy, wieje silny wiatr i pada ulewny deszcz, zobaczycie to w TVN 24, odezwiemy się z Kopenhagi, pozdrawiamy. Dziękujemy mediom za relacje i pożegnanie”.

Ostatni w życiu wpis na Facebooku, tuż przed nagłą śmiercią, jest w dzisiejszych czasach mocniejszy niż nagrobek. Leszek Bohl, niepełnosprawny sportowiec, zamieścił te słowa w sobotę 30 maja, o godzinie 14.31. Nieco ponad pięć godzin później, o 19.56 jacht „Down North”, na którym Leszek był załogantem, tonął w wodach Zatoki Pomorskiej, osiemnaście mil morskich od portu w Świnoujściu.

Załoga „Down North”, 21 metrowego szkunera, o specyficznej, silnej konstrukcji przystosowanej do pływania w lodach arktyki (gruszka dziobowa, płytkie zanurzenie, grube poszycie kadłuba, specjalne sanki na dnie umożliwiające wślizgiwanie się na powłokę lodową celem kruszenie jej, jak lodołamacz) liczyła 12 osób. Obok członków Navigare Yacht Clubu z Krakowa, związanych z kapitanem jachtu Mateuszem Ćwiklińskim, płynęli kwalifikowani turyści, żeglarze-amatorzy i podróżnicy, tacy jak Leszek. Rejs miał trwać do października, podzielony był na 10 etapów. Leszkowi zależało szczególnie na etapie wokół archipelagu Svalbard, ale w ostatniej chwili okazało się, że może uczestniczyć także w etapie pierwszym.

– Leszek nie będzie tylko balastem – żartował dwa miesiące temu kapitan Ćwikliński, gdy rozmawialiśmy o rejsie przed napisaniem tekstu zapowiadającego wyprawę, którą redakcja „Tylko Toruń” objęła patronatem prasowym. – Leszek jest facetem z ogromnym doświadczeniem, radzi sobie świetnie mimo niepełnosprawności. Będzie miał sporo zadań do wykonania podczas wacht.

Leszek Bohl do mięczaków nie należał. W wielu kręgach uważano go wręcz za medyczny fenomen. Ten 53-letni mężczyzna, poruszający się na wózku inwalidzkim, był uczestnikiem dziesiątków maratonów i setek biegów masowych, w których uczestniczył jadąc na handbike’u. Pasją sportową zarażał innych niepełnosprawnych. Udało mu się pokonać terenową, ciężką trasę Maratonu Komandosa, gdzie uczestnicy muszą w mundurach, wojskowych butach i z dziesięciokilogramowymi plecakami mierzyć się z dystansem 42 kilometrów. Poznała go chyba cała biegowa Polska. Swym pojawieniem się urozmaicał imprezy. Co chwilę się z kimś witał. A gdy pewien dziennikarz TVP ciężko zachorował, oddał wszystkie medale zapełniające ściany jego pokoju, na licytację, z której dochód przeznaczano na finansowanie leczenia. Rozstał się z naprawdę bogatą kolekcją bez specjalnego żalu.

– Do grobu przecież tego żelastwa nie wezmę – mówił machając ręką. Miał już inne plany. – – Teraz tylko wyprawy – powtarzał. – Tylko wyprawy…

Aleksandra Bohl, żona Leszka, nie ukrywa, że bywał dość trudny.

– Uparty strasznie, jak się na coś zakodował, to tylko to go interesowało. Nawet obiadu nie zjadł, bo nie miał czasu. Świata dotykał ciągle przez ten internet…

Ale za to grzebał w nim dogłębnie. Był mistrzem w wyszukiwaniu tanich lotów. Sam wyprawił się do Laponii. W Inari stwierdzili, że turysty na wózku inwalidzkim w kopnym śniegu wcześniej tam nie widzieli. Potem był Spitsbergen. Noc polarna. Zorza. Zawsze powtarzał, że ciągnie go daleka północ. Śnił o Arktyce. Twierdził, że za kręgiem polarnym świat, choć groźny, jest bardziej uporządkowany, logiczny i w sumie przyjazny. Ciągnęło go tam. Rejs na „Down North” wokół archipelagu Svalbard był celem na ten rok. Potem miała być Ziemia Franciszka Józefa, a nawet biegun…

Na pierwszy etap długiego rejsu badawczego „Down North” załapał się w ostatniej chwili. Udało mu się kupić tani bilet powrotny z Oslo. Cieszył się, jak dziecko. Był szczęśliwy…

***

– Leżeliśmy z Leszkiem na koi dziobowej, obok siebie. Zgrywał jakieś filmiki ze startu rejsu, porządkował materiał fotograficzny – wspomina Rafał, przyjaciel, z którym znali się od lat. – Na „Down North” zaciągnął mnie wręcz siłą – przyznaje. – „Płyniesz ze mną, nie dyskutuj”. Wiadomo, jaki był Leszek… O dwudziestej mieliśmy z Leszkiem przejąć wachtę. Ja jeszcze spałem, gdy to się stało…

Szkuner płynął wówczas na północny-zachód, brzeg był w zasięgu wzroku, zdaniem członków załogi wiało umiarkowanie, było jakieś 3-4 w skali Beauforta.

– Nagle wiatr musiał uderzyć potężnie od strony lądu. Tam są klify w tym miejscu, zawiało spomiędzy nich. Jacht przewrócił się w jednej chwili. Lechu spadł na mnie. Pode mną pojawiło się nieco wody. Pomagałem Lechowi przecisnąć się do wyjścia. Na końcu wyniosłem go do mesy, gdzie przejęła go załoga. Tam włożyli mu kamizelkę i próbowali przetransportować na tratwę, która była już w tym momencie uruchomiona. Leszek leżał na maszcie, ja wskoczyłem do tratwę i za nogi go do niej wciągnąłem. Spytałem, czy wszystko ok. Potwierdził.

Rafał, balastując na burcie tratwy ratunkowej, próbował ją uwolnić od want, którymi była spętana. Okazało się, że kotwa denna tratwy zaczepiła się o coś. Groziło to tym, że tonący szkuner może pociągnąć za sobą, pod wodę, tratwę z rozbitkami. Zrobiło się gorąco. Dwaj inni załoganci uruchomili plastikowy ponton z silnikiem i podpłynęli, by odcinać linkę kotwy.

Jacht w tym czasie powoli tonął. Według Rafała trwało to ok. czterdziestu minut. Ostatecznie osiadł na dnie. Okazało się, że było w tym miejscu dość płytko, bo końcówki masztów pozostały nad wodą.

– Gdy wróciłem do wnętrza tratwy trwała już reanimacja Leszka. Chyba kapitan pierwszy zauważył, że coś z nim nie tak – kontynuuje podróżnik. – Jestem ratownikiem medycznym, więc dołączyłem do akcji. Masaż serca w elastycznej tratwie nie jest zbyt skuteczny, bo wszystko się ugina. Dołączyliśmy wentylację usta-usta. Niestety, Leszek nie dał już znaku życia.

***

Żona dowiedziała się o tragedii w niedzielę, 31 maja, po trzeciej w nocy. Do drzwi dzwonili policjanci, jedni z tych, którzy proszą najpierw, by usiąść…

– Od razu przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę – zapewnia. – Leszek dzwonił w sobotę o 14.30, gdy wypływali ze Świnoujścia. Przypomniał o naszej rocznicy poznania. To było 30 maja 1982 roku… Mówił, że boi się tej rozłąki. To za długo, za długo… – powtarzał, a przecież wracać miał już 7 czerwca. Powiedział w końcu: kocham cię. I się rozłączył.

***

Zginął na morzu. Nie umarł w łóżku. Zawsze powtarzał, że tak by wolał. Mimo niepełnosprawności i pięćdziesiątki na karku – robił rzeczy, o których niektóre młode byki mogą tylko pomarzyć. Niedziela, ostatni dzień maja, okazała się jego dniem. Od rana wszystkie stacje telewizyjne trąbiły o zatonięciu jachtu badawczego „Down North” na Bałtyku. Dwunastu rozbitków podjął niemiecki kuter. Jedna osoba nie żyła. On.

I nagle ten skromny rencista (500 zł renty z KRUS, żona, była chemiczka z Elany, dorabiająca na pracach porządkowych, dwie córki – jak to w klasycznej polskiej rodzinie – od dawna na emigracji w Anglii) stał się tematem dnia. Kolejne stacje telewizyjne pokazywały coraz szersze materiały dotyczące jego śmierci. Rano ważniejsze było samo zatonięcie jachtu, wieczorem zaś koncentrowano się na tym, że zginął ktoś wyjątkowy.

Tak, tak, Leszek potrafił wkurzyć. Wielu toruńskich urzędników różnych szczebli doświadczyło jego impetu. Jak zobaczył niesprawiedliwość, nie przebierał w środkach. Atakował telefonami, mailami i wpisami na Facebooku. Obrażał, prowokował… Ale uzyskiwał w końcu zamierzony skutek. Cieszył się, że komuś załatwił nowy wózek inwalidzki, a wystarczyło tylko w srogi sposób przypomnieć jakiemuś wydziałowi o jego obowiązkach.

Gdy pojawiły się w Toruniu znaki zakazujące poruszania się w określonych miejscach na wózkach inwalidzkich, dostał szału. Robił zdjęcia, wrzucał na Facebooka. Rzecz groziła już skandalem międzynarodowym, gdy pędem oznaczenia usuwano.

Były ugrupowania polityczne, które chciały wykorzystać jego wyrazistość i skuteczność, zapraszały na listy wyborcze. Odmawiał. Cenił wolność, miał swoje metody aktywnego udziału w życiu społecznym, w pchaniu go do przodu. Takie Bohlowe…