Wygrały z nowotworem piersi. Jak wygląda ich „drugie” życie? [wywiad]

Dr Rębiałkowska-Stankiewicz pracuje zarówno z kobietami po mastektomii, jak i z ich partnerami. (fot. Łukasz Piecyk)

– Życie jest piękne i jesteśmy śmiertelni – te dwie myśli powinny się przeplatać jak warkocz – mówi dr Małgorzata Rębiałkowska-Stankiewicz, psycholog z Toruńskiej Akademii Walki z Rakiem w rozmowie z Robertem Kamińskim 

Mityczne amazonki usuwały dziewczętom piersi, aby nie przeszkadzały im w strzelaniu z łuku. Dziś to słowo oznacza kobiety dotknięte nowotworem piersi po mastektomii. Czy sensie radzenia sobie z chorobą również i one są wojowniczkami? 

Z pewnością. Piersi są atrybutem kobiecości par excellence. Odjęcie choćby jednej to poważny cios dla każdej kobiety. Po operacji nic już nie jest takie samo. 

Mastektomia to symboliczne odjęcie części kobiecości. Na ile kobieta, po takiej operacji, przestaje być kobietą? 

Na tyle, na ile sama zdecyduje. Nazywa się to half woman complex. 

To nazywa się nieładnie. 

Ano, nieładnie. Jednak rzeczywiście wiele pacjentek po mastektomii tylko w połowie czuje się kobietami. 

Co to znaczy? 

Kobieta przegląda się w internecie, w prasie kobiecej. Dziś, w czasach niemal nieograniczonych możliwości chirurgii plastycznej, jesteś piękna, jeśli masz piękne piersi. Syndrom ten dotyczy wielu kobiet, ale nie wszystkich. Są amazonki, które dobrze sobie z chorobą radzą. 

Od czego to zależy? 

Chociażby od wieku. Im jestem starsza, tym mniejszy mam kłopot z tym, że jestem po zabiegu. Młodsza chcę być atrakcyjna dla swojego partnera. Chcę urodzić dzieci i móc je wykarmić. Zależy to też od tego, jaką wartość do wyglądu zewnętrznego przywiązuję. 

Jednak nie tylko piersi decydują o atrakcyjności kobiety. 

Wiele zależy od partnera. Im większą wagę mężczyzna przywiązuje do tego atrybutu, tym trudniej kobieta sobie radzi. 

Bywa tak, że od kobiety po mastektomii facet się odwraca? 

Niestety bywa. Ale zdarza się też, że jest bardziej opiekuńczy. Mężczyźni są w tych sytuacjach bardzo pogubieni. Na przykład tracą rozeznanie w nastrojach swoich partnerek. 

Czy operacje plastyczne nie rozwiązują problemu? 

Sięga po nie wiele kobiet, zwłaszcza młodych. Brak piersi nie sprowadza się jednak tylko do tego, że pewien organ został nam amputowany. Idzie za tym cały szereg konsekwencji: dekolt w sukience, wyjście na plażę, na basen. Proteza silikonowa latem parzy, jest ciężka, wypada, odgina się. Na co dzień nie jest to komfortowe. 

Czy tegoo czym pani mówi, nie dałoby się wyjaśnić kobiecą próżnością? Rzecz jasna, przy odrobinie męskiej złośliwości. 

Myślę, że jest to proces znacznie głębszy. Próżność a kompleks związany z mastektomią to dwie różne sprawy. To naruszenie integralności naszego ciała. To pozbawienie nas tego, do czego przywykłyśmy. A poza tym spojrzenie na bliznę to przypomnienie o wojnie, którą kobieta przeszła. 

Wojnie? 

Tak. Dotyka się tu perspektywy śmierci. Słyszy wyrok. Tak traktowany jest rak. Ciągle dzielimy choroby na nowotwory i wszystkie pozostałe. Mimo że statystycznie częściej umieramy na choroby układu krążenia. I blizna nam o tym wszystkim przypomina. 

Kobiety lepiej radzą sobie z amputowaną macicą niż piersią. Dlaczego? 

Pierś jest na wierzchu, jest symbolem. Noszona na co dzień skazana jest na ogląd społeczny. I ten ogląd jest niesamowicie ważny. 

To, co pani mówi, raczej nie odnosi się do mniszki w klasztorze. Ona nie musi karmić, a podobać chce się tylko Bogu. 

Dla kobiety, szczególnie młodej, pierś jest symbolem kobiecości. Okaleczenie to zawsze dramat. Im większe, tym trudniejsze do przepracowania psychicznego. Nie zapominajmy, że podłożem jest zarówno choroba, jak i brak wyboru. Do tego dochodzi wstyd. 

Jak sobie z nim poradzić? 

Uzmysłowić kobiecie, że to nic wstydliwego. Że to efekt choroby, oznaka jej dzielności i waleczności. Potem czekać chwili, kiedy ona to „puści”. 

Co oprócz wstydu?  

W chorobie nowotworowej największym problemem jest strach związany z zagrożeniem życia. 

Jak go złagodzić? 

Nie ma jednej recepty, jednej formułki. Każda pacjentka jest inna. Do każdej przychodzę „nieprzygotowana”. Nie myślę o tym, co jej powiem. Czekam, aż ona sama zaprosi mnie do swojego świata. Aż mi wyzna, z czym ten lęk jest związany. I dopiero wtedy możemy nad nim popracować. 

Czy da się tego lęku wyzbyć? 

Nigdy całkowicie. On wraca i zawsze będzie już wracał. To zrozumienie, że w każdej chwili mogę umrzeć. Zaczyna się więc myślenie typu: „jeśli już ta choroba się u mnie pojawiła, to pewnie chce mi coś powiedzieć. O mnie, o tym, jak powinnam żyć”. 

Czyli tzw. przeciętna pacjentka nie uważa, że stała jej się krzywda? Nie pyta: „dlaczego to właśnie ja”? 

Pracowałam z amazonkami wiele lat. Spotkałam kobiety najróżniejsze. Jednak każda z nich coś w tej chorobie przepracowała na swoją korzyść. Każda uświadomiła sobie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. 

Czyli choroba jest nam niezbędna do tego, by cokolwiek w życiu zmienić? 

Absolutnie nie. Potrzebujemy jednak bodźców, które nas ukierunkują. Czasem jest to niestety choroba. Pewna pacjentka powiedziała mi, że jest wdzięczna chorobie, że się pojawiła w jej życiu, bo gdyby nie ona, to nie zmieniłaby swojego życia: trójka dzieci, krótki łańcuch, kuchnia – przedpokój. Gdyby nie choroba, dalej patrzyłaby na życie przez okno. Nie wyszłaby w końcu do niego. Zawsze to powtarzam: choroba to nie koniec świata. Ba, to może być początek. 

Czego? 

Lepszego życia. Bardziej docenianego niż przed chorobą. Pewnego dnia odkrywamy, że bezmyślnie turlamy się przez to życie. „To mnie nie dotyczy, tamto mnie nie dotyczy”. Życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zdamy sobie sprawę, że nie jesteśmy tu na stałe. Śmierć jest częścią mojego życia. Nigdy tego nie oddzielam. Życie jest piękne i jesteśmy śmiertelni – te myśli powinny się przeplatać jak warkocz. Dopiero wtedy życie staje się prawdziwe.