„Wyroki za znęcanie się nad zwierzętami są śmiesznie niskie”

Ewa Włodkowska uratowała już wiele zwierzęcych istnień (fot. Adam Zakrzewski)

O trudach walki o prawa zwierząt, wybijaniu kotów i ludzkiej bezmyślności, z Ewą Włodkowską, prezesem Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt, rozmawia Tomasz Więcławski.

O co chodzi w wielkiej awanturze mieszkańców spółdzielni mieszkaniowych o „koty niczyje”?
Od 1997 roku obowiązuje ustawa o ochronie zwierząt. Mają one swoje prawa, tak jak my. Przepisy zostały znowelizowane w 2012 roku. W ich myśl nie można zabijać okienek do piwnic i innych pomieszczeń, w których koty środowiskowe żyją. One podlegają pod miasto i gminę Toruń. Toruńskie Towarzystwo Ochrony Praw Zwierząt ma 60 opiekunek zajmujących się ich populacją.

W czym jest więc problem?
Koty bytują wszędzie. Przy budynkach, w blokach i w spółdzielniach mieszkaniowych. Problem jest głównie z lokatorami, którzy się wprowadzają. Wystarczy, że jedna osoba idzie do spółdzielni i robi wojnę, że nie życzy sobie takiego towarzystwa. Od razu szykanowana jest opiekunka, a władze spółdzielni wprowadzają zakazy – bezprawne. Zwierzęta są systematycznie sterylizowane, odrobaczane i szczepione. Nie stanowią dla nikogo zagrożenia. Argumentem przeciw ich bytności wspólnie z ludźmi jest smród. To są jednak jednostkowe przypadki. Wiele osób nie toleruje po prostu zwierząt. Wyrzucić, zlikwidować i koniec. A spółdzielnie stają po stronie takich awanturników.

Jest na to jakaś rada?
Powołanie gminnej straży, która będzie się tymi problemami zajmowała i wysokie kary. Nie może być tak, że ktoś znęca się nad słabszymi istotami, a nic mu de facto nie grozi. Mam duże doświadczenie w sprawach sądowych dotyczących znęcania się nad zwierzętami. Prawo w Polsce nie jest złe, ale wyroki są śmiesznie niskie. Zawsze przywoływany jest wyświechtany frazes, że takie działanie ma niską szkodliwość społeczną. Na jakim świecie my żyjemy? Praktycznie codziennie dostaję zgłoszenia o złym traktowaniu zwierząt. Jedna pani z Torunia była tak bezczelna, że dzwoniła do inspektora weterynarii z prośbą o zlikwidowanie całej populacji kotów i wszystkich ptaków na Rubinkowie. Wyobraża pan to sobie? W Toruniu przypada pięć szczurów na jednego mieszkańca. Może więc wolimy żyć w takim towarzystwie.

Koty są więc niezbędne.
Oczywiście. To naturalny element naszego otoczenia. Nie ma lepszego sposobu na gryzonie. Jeżeli chcemy wracając ze Starego Miasta na każdym kroku mijać kilkudziesięciocentymetrowe szczury, to droga wolna.

Służby pomagają w państwa pracy?
Nigdy nie ma tak, że policja czy straż miejska nam odmówi. Co z tego, jak biernie przyglądają się oni temu, co się dzieje? Jakby mieli możliwość surowego karania, to działania te, byłyby znacznie skuteczniejsze. Tak, cała para idzie w gwizdek. Jako towarzystwo nie dysponujemy samochodem, więc często nie możemy wszędzie być. Staram się jednak reagować na każdy sygnał. W obrębie miasta, ale i poza nie, można jechać autobusami. Poza tym niejednokrotnie musiałam przeprowadzać interwencję w asyście policji. Wiele osób reaguje z dużą agresją na nasze działania.

Z roku na rok sytuacja się poprawia?
Ależ skąd. To są lata zaniedbań. Całe pokolenia wyniosły z domu rodzinnego brak szacunku dla istot niższych. Starsze osoby – to one są obecnie naszą zmorą. Wie pan jak katuje się najczęściej psa?

Nie. Proszę powiedzieć.
Przykłada się mokry ręcznik i bije pięściami. Wtedy jest najmniej śladów. Na wsiach sytuacja jest często dramatyczna. Psy żyją w warunkach, o których trudno opowiadać. Za krótkie łańcuchy to norma. Tego, czy czworonogi są z nich spuszczane co 12 godzin, nawet nie sposób sprawdzić. Kiedyś tłumaczyłem jednemu panu, że pies potrzebuje wody, żeby żyć. Odpowiedział mi, że może się wysikać i to wypić. Godzinami mogłabym opowiadać o pięknych, często rasowych zwierzętach, które musieliśmy odbierać właścicielom.

Młodzież ma większą świadomość? Przecież prowadzone jest wiele akcji edukacyjnych odnośnie traktowania zwierząt.
Wydaje się, że w tym pokoleniu coś drgnęło. Mamy wspaniałych wolontariuszy. Studenci bardzo często adoptują również zwierzęta np. koty. To wspaniali, ciepli ludzie o gołębim sercu. Gdy idzie się z czworonogiem przez park, częściej słyszy sie łacinę użytkową ze strony starszych panów niż młodzieży rozmawiającej na ławkach. Są oczywiście niechlubne wyjątki. Niedawno przy ul. Świętopełka mieliśmy sprawę zagryzienia czterech kotów przez psy. Młodzi ludzie urządzili sobie taką „zabawę”. Specjalnie wytresowali i napuścili jedne zwierzęta na drugie.

Dysponują państwo adekwatnymi środkami na swoją działalność do realnych potrzeb?
Miesięcznie otrzymujemy od miasta 1300 złotych. Pozwala to na prowadzenie biura. Udaje się czasami otrzymać dofinansowanie z różnego rodzaju programów. Żadna z osób pracujących tutaj nie pobiera pensji. Środki idą na leczenie zwierząt w sześciu lecznicach. Każda uratowana istota jest na wagę złota.

Walczy pani tyle lat. Często jest bardzo ciężko. Warto?
Oczywiście. Od małego mój tata mówił, że wolałby mieć dwóch synów niż jedną córkę. Często spóźniałam się do szkoły, bo musiałam nakarmić zwierzęta. Tak zostałam wychowana i mam na tym punkcie świra. Jak ktoś krzyknie do mnie ze złością na osiedlu „kociara”, to śmieję się od ucha do ucha. Nie słyszałam nigdy lepszego komplementu.