Za mundurem koty sznurem

Mała, Kropeczka i Bródka każdą noc spędzają w dyżurce ochroniarza.

Misiu, Szary, As, Mała, Kropeczka i Bródka… Na nich zawsze można polegać. Rozśmieszają, towarzyszą, spacerują, wdzięczą się i niewiele potrzebują w zamian. Wystarczy im trochę karmy i drapanie za uszkiem.

Marcin i Paweł pracują w jednej z toruńskich fabryk na lewobrzeżu. Nie chcą podawać swoich personaliów, bo obawiają się reakcji pracodawcy na to, co robią. Czyżby mieli się czego wstydzić? Może działają wbrew prawu? Nie! Wręcz przeciwnie. Pomagają trzem bezpańskim kociakom, kręcącym się po ich zakładzie pracy.

– Pracujemy tu już kilka lat i właściwie od samego początku widzieliśmy biegające po magazynach koty – mówią. – Jakoś wtedy się nimi nie interesowaliśmy. Z czasem jednak zaczęliśmy się do siebie przyzwyczajać. Szczególnie lgnęły do nas trzy szare dachowce. Może to zabawne, ale był taki czas, gdy obie strony się wyczuwały.

Koty podchodziły do nich coraz bliżej i śmielej.

– Zaczęliśmy przynosić im karmę, one zaś dawały się pogłaskać, a potem same domagały się jedzenia – śmieją się. – Wreszcie, a trwa to już ponad dwa lata, wpadliśmy na pomysł zbiórki karmy dla tych kociaków. Nasz plan wypalił, dlatego co jakiś czas taką organizujemy.

Misiu, Szary i As bez trudu rozpoznają i odnajdują Marcina i Pawła wśród innych pracowników. Następnie rozpoczyna się przezabawny rytuał.

– Zawsze musimy przychodzić do pracy kilka minut wcześniej, bo jesteśmy przygotowani na kocie umizgi i obowiązek ich nakarmienia – śmieją się. – Oczywiście my w zamian też coś otrzymujemy – najczęściej myszy. Ale ważniejsze jest uczucie i oddanie kotów.

Taka kocia przyjaźń wpływa na ich humor i nastawienie do pracy – wystarczy rzut oka na kocie harce. Podobnego zdania jest pan Marek, który również prosił o anonimowość. On i jego trzej koledzy – ochroniarze także zaopiekowali się przyzakładowymi kociakami.

– Ktoś podrzucił nam tu kocicę. Później zauważyliśmy kręcącego się kocura, a następnie kotka zaczęła puchnąć – śmieje się. – Jakiś rok temu zniknęła na kilka dni, a gdy znów się pojawiła, była szczuplutka. Znalazłem kocięta za jednym z magazynów. Zrobiłem im skrzyneczkę, wyściełałem ją i ułożyłem małe wewnątrz. Od początku z kolegami staraliśmy się przyzwyczaić je do siebie.

Kociętami najpierw opiekowała się matka – Mała, a później mogły liczyć na smakołyki od ochroniarzy. Miot liczył trzy maluchy, zostały jednak dwa – Kropeczka i Bródka. Pracownicy firmy organizują zbiórki na karmę.

– Dzięki pomocy jednej z pań udało się wykastrować młode – wspomina. – Panie z firmy chciały wyłapać koty. Zakładały, że po dwóch-trzech godzinach powinny wejść do klatek. Tego dnia nie miałem dyżuru, ale przyjechałem, by sprawdzić, jak się sprawy mają. Kociaki ani myślały wejść do środka! No więc otworzyłem drzwi do dyżurki, krzyknąłem „chłopaki!” i nagle z krzaków wybiegły uradowane kocurki. Weszły do budki, a następnie do klatek. Panie nie mogły wyjść z podziwu.

Pan Marek opowiada również, jak wyglądają nocne obchody wokół firmy.

– Codziennie pod wieczór kociaki są wpuszczane przez każdego z nas do dyżurki – mówi. – Następnie w wyznaczonych godzinach idziemy na obchód. Najpierw wychodzę ja, potem Mała, następnie jeden i drugi kot. I taki korowód idzie sprawdzić teren firmy.

Przyznaje, że nie mógłby zostać obojętny na kocią krzywdę i prosi, by ci, którzy nie pomagają, nie przeszkadzali.

– Przecież gdy są z nami koty, zupełnie inaczej się pracuje – przyznaje. – Czas szybciej leci, jest wesoło. Człowiek jest pozytywnie nastawiony. Sam też mam kota Filipa i suczkę Majkę. I w pracy, i w domu mam najwierniejszych przyjaciół na świecie.