Za rok gwiazdą festiwalu monodramów w Teatrze „Baj Pomorski” będzie Janusz Gajos

Wiesław Geras na stałe jest związany z wrocławskim środowiskiem teatralnym (fot. Łukasz Piecyk)

– Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że w Toruniu od lat pokazujemy spektakle z głębokim przekazem – mówi w rozmowie z Aleksandrą Radzikowską Wiesław Geras, dyrektor 30. Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora.

Tegoroczni aktorzy TSTJA, którzy wystąpili w Baju Pomorskim, sprostali wyzwaniu? Monodram jest zawsze relacją z widzem jeden na jednego.
Aktorzy z pewnością, ale sprostała mu również publiczność. Wybór artystów i repertuar były tak skonstruowane, żeby każdy widz znalazł coś dla siebie. Jestem niezwykle zadowolony, że festiwal uznano za jeden z najlepszych w ostatnich latach. Na dziesięć spektakli kilka było naprawdę wybitnych.

W Pana ocenie to m.in. wyróżnione „Różewiczogranie” Wiesława Komasy?
Tak, to dwa spektakle Różewicza, bo również „Śmieszny staruszek”, które oddały ducha artysty na scenie. Byłem ciekawy, jak odbierze je publiczność i muszę przyznać, że ucieszyłem się. Ponad połowę widzów stanowili młodzi ludzie. Obserwowałem ich reakcje i rozmowy. Nie lubię tego określenia, ale to była publiczność wyrobiona. Teatr jednego aktora, w tym zamyśle, jest bardzo trudnym teatrem i niepopularnym. Zmuszającym widza do myślenia i analizowania.

Który spektakl podniósł jeszcze temperaturę na widowni?
„Koba-Stalin” Aleksandra Rubinovasa, który specjalnie nauczył się tekstu po polsku. Bardzo trudne zadanie, by pokazać, jak pokrętnym i złym człowiekiem był dyktator. Ten spektakl w swoim głosowaniu wyróżnili dziennikarze. Po raz pierwszy w Toruniu wystawiono też monodram w gwarze śląskiej. Wyjątkowe jest to, że pewna grupa osób na spektaklach pojawia się od lat. To świadomi widzowie, którzy wiedzą, po co przyszli. Żywiołowo reagowali po monodramach, ale również w kuluarach. Nierzadko w rozmowach z aktorami Baja. Muszę wyróżnić i to, że udało się zaangażować społeczność studencką w tworzenie oficjalnego plakatu TSTJA. Nagrodzono Edytę Orzoł, ale sama idea jest niesłychanie ważna.

Na festiwal przychodzą coraz młodsi widzowie?
Kiedyś mówiło się, że do teatrów chodzą starsi ludzie, ale teraz widać, że młodych jest coraz więcej. Obserwuję teatry wrocławskie i na „Dziady”, które grają przez pięć i pół godziny, wciąż brakuje biletów. I kto na nie chodzi? Osiemdziesiąt procent to młodzi ludzie, więc historia jest zdumiewająca.

Aktorzy po prostu lubią przyjeżdżać do Torunia na ten festiwal?
Nie pytają o honoraria, tylko kiedy mają zarezerwować czas w grafiku. Powiem więcej, kiedy wysłałem protokół festiwalowy Wiesławowi Komasie, ucieszył się jak dziecko… i chętnie odwiedzi nas w przyszłym roku. Aktorzy lubią tę formę i miasto. Już w tej chwili przygotowuję program na przyszły rok i mogę ujawnić, że swoją obecność potwierdził Janusz Gajos. Tegoroczna koncepcja – dwa, trzy mocne nazwiska, znane szerszej publiczności i mniej znani aktorzy, ale gwarantujący poziom, sprawdziła się. W tym kierunku będę podążał. Co jeszcze ciekawe – aktorzy, którzy przyjeżdżają do Torunia, oglądają spektakle swoich kolegów. Monodramy są testem dla artystów. Można przeanalizować, ilu z tych najwybitniejszych decydowało się na teatry jednoosobowe. To bardzo trudne. Bez podpórki, bez pomocy trzeba wyjść na scenę i w godzinę tak zainteresować publiczność, że słucha i jest ostra w reakcjach.

Monodram obnaża brak talentu? Bronią się tylko ci, którzy go posiadają?
Talent to warunek. Widz natychmiast wyczuje fałsz i to, czy aktor mówi z pasją. Każdy z tych aktorów, którzy wystąpili w Toruniu, zainteresował publiczność. Jestem zwolennikiem tego, by w monodramach rekwizyty i scenografię redukować do minimum. Teatr jednego aktora jest wtedy teatrem ubogim, ale nie w sensie treści. Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że w Toruniu od lat pokazujemy spektakle z głębokim przekazem.