Założyciel Hospicjum dla Dzieci „Nadzieja” obchodził swoje 90. urodziny

Zbigniew Bożemski w budynku hospicjum zna każdy szczegół. (fot. Łukasz Piecyk)

Założył Hospicjum dla Dzieci „Nadzieja” oraz Instytut Daj Szansę dla Dzieci z Porażeniem Mózgowym. Swoje życie poświęcił na rzecz pomocy drugiemu człowiekowi16 lipca obchodził swoje 90. urodziny. 

Zbigniew Bożemski urodził się we Włodzimierzu Wołyńskim. Jego ziemiańskie pochodzenie przysporzy mu w peerelowskiej Polsce wielu kłopotów.  

Wraz z końcem wojny osiedla się we Wrocławiu. Jako młody student zostaje relegowany z uczelni z powodu pochodzenia i obcych klasowo przekonań politycznych. W latach 50. zostaje skazany na 2 lata więzienia i ciężkie roboty w kamieniołomach za odmowę podpisania lojalki. Później, już jako inżynier, pracuje we Wrocławiu w biurach projektowych. 

W 1964 roku przeprowadza się do Torunia, następnie do Giżycka, by znów, w 1982 roku, wraz z rodziną osiąść w Toruniu. Tym razem na stałe.  

Po przejściu na emeryturę Zbigniew Bożemski włącza się w charytatywną działalność swojej żony, Ołeny. Wspólnie zakładają Instytut „Daj Szansę” dla Dzieci z Porażeniem Mózgowym, który działa do dziś.  

– Byłem na emeryturze, ale nie chciałem pogrążyć się w bezczynności – mówi Zbigniew Bożemski. – Chciałem coś robić. Działać. Żeby to moje życie mogło być komuś przydatne.  

Żona pana Zbigniewa od lat zajmowała się działalnością charytatywną. Wszyscy, którzy ją znali, twierdzą, że była to osoba wyjątkowa.  

– W kontaktach z ludźmi żona była genialna – wspomina Zbigniew Bożemski. – W nawiązywaniu więzi, w niesieniu pomocy. Pomyślałem, że chciałbym wspomóc tę jej działalność.  

W 2000 roku państwo Bożemscy rozpoczynają starania o utworzenie hospicjum domowego dla dzieci. Od władz Torunia otrzymują barak, były internat, przy ul. Włocławskiej 169B. 

Zbigniew Bożemski z niesamowitą energią i poświęceniem doprowadza do wyremontowania obiektu. Zabiega o środki, dzięki którym hospitalizację podnosi na coraz wyższy poziom.  

– Chciałem stworzyć instytucję, która nie miała być dochodową, tylko taką, do której trzeba dokładać. Po całej Polsce rozsyłaliśmy apele o pomoc dla tych dzieci. Ludzie przysyłali pieniądze na konto, paczki. Nawiązaliśmy kontakt z Anglią. Wysyłaliśmy tam nasze dzieci. Musieliśmy płacić za to w funtach, opłacać przelot itd. Posłaliśmy tam również nasz personel. Chcieliśmy, by nabyli praktyki, żeby później mogli działać tu u nas. Zaczęliśmy więc robić to samo co w Anglii. Chciałem podnieść nasze hospicjum do poziomu europejskiego.  

Praca w dziecięcym hospicjum jest wyzwaniem bardzo szczególnym. Ogrom cierpienia, z jakim stykają się pracownicy na co dzień, jest niewyobrażalny.  

– Nie miałem pojęcia, że mogą się rodzić takie dzieci – wyznaje Zbigniew Bożemski. – Z tak niesamowitymi uszkodzeniami. Zanim człowiek przywyknie – widok jest nieprawdopodobny. Dlatego robimy wszystko, by tym dzieciom ulżyć, a także by pomóc ich rodzicom. Obecnie rodzi się więcej ułomnych dzieci niż kiedyś. Wpływa na to sposób, w jaki ludzie żyją, środki odurzające, którymi się faszerują, chemia. 

– Nigdy jednak, zabiegając o środki, nie gramy na ludzkich uczuciach – dodaje Aleksandra Ruszczak, prezes zarządu Fundacji Hospicjum „Nadzieja”. – Nie biorę na ręce chorego dziecka i nie błagam przed kamerami o litość. Czerpiemy radość z niesienia pomocy. Wszystko co robimy, robimy dla tych, którzy nas potrzebują.  

Interes, do którego trzeba dokładać, nieuleczalnie chorzy mali pacjenci, ogrom cierpienia i bólu, całkowite poświęcenie. Co w zamian?  

– Pamiętam takiego małego chłopca – wspomina pan Zbigniew. – Nie mówił, nie okazywał uczuć. Był u nas ładnych parę lat. Później zabrali go rodzice. Wrócił po jakimś czasie. Kiedy mnie zobaczył – uśmiechnął się. W tym jednym uśmiechu, który był najgłębszym wyrazem jego uczucia do mnie, zawarł cały sens mojej pracy. Zrozumiałem, że wszystko, co robiłem, robiłem właśnie po to, by zobaczyć ten jeden uśmiech.  

Pan Zbigniew kilkukrotnie prosi nas, by nie robić z jego osoby sensacji.  

– Niech pan tylko nie przesadza z tym pisaniem – mówi. – Nie jestem bohaterem. Dziwi mnie całe to zainteresowanie moją osobą. Nie chcę rozgłosu.  

– Czy nie ma pan poczucia, że w swoim życiu zrobił pan więcej dobrego niż przeciętny człowiek? – pytamy.  

– Zrobiłem za mało – wyznaje. – Chciałbym zrobić więcej. Poza tym nie sztuka się chwalić. Sztuką jest coś po sobie zostawić.  

Tak też się stanie: działalność państwa Bożemskich zostanie upamiętniona w Toruniu ulicą ich imienia, gdy Hospicjum zostanie w najbliższych latach rozbudowane.