Zdzisław Betlejewski przez lata walczył z uzależnieniem. Dziś pomaga innym

Zdzisław Betlejewski czeka na kontakt od każdego, kto ma problem z uzależnieniem (fot. Adam Zakrzewski)

Książka o historii „Majstra” mogłaby mieć grubość Biblii. Śmierć, nałóg, cierpienie, miłość do Boga- najważniejsze rozdziały jego życia.

Zrodził się z bólu i trwa w nim do dziś. Choć ma 61 lat, żyje dopiero od 20. Wcześniej był zwierzęciem, ćpunem, przestępcą. Nie wstydzi się o tym mówić, bo chce, aby jego doświadczenia stały się przestrogą dla tych, co błądzą lub są już na dnie. Teraz to człowiek, który jeździ na motorze i głosi dobrą nowinę. Jako streetworker pomaga leczyć ludzi zniszczonych przez dragi.

We dwójkę zadawali mu ból, którego nie życzy się największemu wrogowi. Wszystko po to, by oddał skradzione kosztowności. Zdesperowany złodziej chciał wyskoczyć przez okno z wysokości 60 metrów. Wcześniej znaleźli go na melinie, w którą wpadli z siłą, jak mówi sam Zdzichu, zaczerpniętą od diabła. 40-letni wówczas mężczyzna zajmował się okultyzmem zmieszanym z zażywaniem ciężkich narkotyków.

– Gdy wracałem z tej hecy, w rękawie od kurtki miałem schowany pręt, którym skatowaliśmy tego nieszczęśnika – opowiada Zdzisław Betlejewski, obecnie streetworker, czyli osoba, która wnika w „ulicę” by ratować młodzież przed patologią. – Byłem okropnie skacowany. Jeden z nich podszedł do mnie i powiedział: „Jezus cię kocha” – mówiąc to, „Majster” ma w oczach łzy. Ten moment był pierwszym, gdy zechciał się nawrócić.

Matka Zdzicha oddała za nie- go życie. Przez jego dom rodzinny alkohol nieustannie przelewał się litrami. Jako nastolatek zaczął pić, a potem ćpać co tylko było możliwe, w tym heroinę i psychotropy. – W domu nie było miłości – zaczyna Zdzisław. – Ojciec alkoholik bił mnie, aż któregoś dnia złapałem za nóż. Chciałem go zadźgać, a macochę powiesić.  Miałem wtedy piętnaście lat, a baniak zryty przemocą. Zaraz po osiągnięciu pełnoletniości trafił do więzienia na trzy lata za napad rabunkowy. Tam mieszał leki z alkoholem. Pierwszy raz zrozumiał, że ma problem w wieku 28 lat. Jego organizm źle znosił nadmiar chemii. Jednak nie potrafił z tym zerwać. Wylądował na ulicy, a pieniądze na dragi pozyskiwał z kradzieży.

– Mimo uzależnienia postanowiłem założyć rodzinę – opowiada były narkoman. – Ożeniłem się i spłodziłem dwoje dzieci. Odszedłem od nich. Syn jest obecnie czysty od ośmiu lat. Bawi się teraz z dzieckiem, czego ja z nim nigdy nie robiłem.

Leczenie zaczął krótko po spotkaniu z ewangelistami. Łącznie ma za sobą osiem odwyków. Po ucieczce z jednego z nich postanowił się powiesić, by zakończyć swoje cierpienia.

– Na szyi miałem pasek, pod nogami Biblię – wspomina „Majster”. – Powstrzymała mnie jedynie bojaźń przed tym, co czeka mnie po drugiej stronie. Tak czy inaczej, dokonałem drugiej próby samobójczej. Tzw. złoty strzał heroinisty: przedawkowanie. Cudem uszedłem z życiem – podsumowuje lider toruńskiego Gedeonu, grupy wsparcia uzależnionych.

Zdzisław Betlejewski jest czysty od 20 lat. Wiara w Jezusa wyleczyła go z nałogu, jednak ten zostawił po sobie trwałe szkody. Mężczyzna boryka się z rakiem wątroby. Mimo to tryska optymizmem. Jest wyluzowany, a duchem bliżej mu do przebojowego dwudziestolatka, niż schorowanego staruszka. Póki żyje, chce pomagać każdemu, kto ma problemy.